Wrota obelisków, N.K. Jemisin

Piata pora roku” była przesyconą wydarzeniami i nagłymi zwrotami akcji powieścią, która zostawiała czytelnika nieco wyczerpanego i poturbowanego mentalnie po tym, jak był świadkiem tego wszystkiego. „Wrota Obelisków” to taka trochę cisza po burzy, która usypia swoim pozornym spokojem, jednakże zwiastuje nadejście kolejnego, jeszcze gorszego sztormu. I co najważniejsze, robi to w taki sposób, że wyczekujemy tego z prawdziwą niecierpliwością.

 

Opowieść o Essun wchodzi w kolejną fazę. Zaczął się nowy Sezon, najdłuższy i najbardziej okrutny ze wszystkich, które przetaczały się po pokiereszowanym obliczu Ojca Ziemi. Ludzka cywilizacja po raz kolejny zamiera i niczym przerażona mysz chowa się w nadziei na przeczekanie najnowszej apokalipsy. Największą przeszkodą jest to, że praktycznie nie da się przeczekać kilku tysięcy lat piekła na ziemi i kilku późniejszych tysięcy wielkiego zlodowacenia. Jedyne, na co mogą liczyć niedobitki ludzkiej rasy, to smętna wegetacja w oczekiwaniu na śmierć głodową.

Na tle tego wszystkiego rozgrywa się osobisty dramat Essun, uwięzionej przez okoliczności w Castrimie. To unikalna wspólnota znajdująca się we wnętrzu geologicznego cudu, zamieszkana zarówno przez zwykłych ludzi jak i przez roggi, czy też jeśli chcemy nieco uprzejmiej – górotwory. Ale Essun nie jest tak bezradna jak się wydaje, bo ucząc się od Alabastra, dokopuje się do coraz głębszych pokładów swojego talentu osiągając to, co jeszcze niedawno uważała za niemożliwe. Wreszcie zaś zbliża się do swego głównego celu – zaginionej córki Nassun.

Bardzo spodobało mi się, że głównym motorem napędowym całej powieści jest właśnie miłość matki do córki, która robi wszystko po to, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Bo uwierzcie mi, po tym wszystkim co Essun przeżyła pewnie bez problemu pokazałaby całemu światu środkowy palec, gdyby nie troska o swoja jedyną córkę. Nie ma tutaj napuszonego i durnego w swej pompatyczności apelowania do wyższej konieczności, czy jakiegoś egzaltowanego „większego dobra”, albo ratowania świata bo po prostu jesteśmy przepowiedzianymi bohaterami. Mimo tego, że Essun może zawalić górę albo zamrozić wszystko w promieniu kilkuset metrów, to jest tak samo wrażliwa na ciosy jak każdy najzwyklejszy człowiek. A ciosów tych, zarówno fizycznych jak i mentalnych zadano jej tyle, że wystarczałoby na kilku wysokiej klasy doświadczonych bohaterów wojennych.

Mimo wszystko Essun chce ochronić Nassun. Z kolei Nassun niekoniecznie tej ochrony  potrzebuje. Okazuje się, że mała Nassun wcale tak mała i niewinna już nie jest. Śmierć brata i wędrówka z na wpół szalonym ojcem szybko nauczyły ją, że jej życie jest bardzo kruche i musi z niezwykłą ostrożnością balansować na granicy szaleństwa ojca aby przetrwać. Jej metamorfoza jest jedną z ciekawszych jakie spotkałem w książkach i uważam, że autorce idealnie udało się uchwycić naturę niewinnego dziecka i zmian, jakie w nim zachodzą. Choć widzimy, że staje się coraz silniejsza i mentalnie odporniejsza to nadal mamy to wrażenie kruchości jej osobowości, bo Nassun jakby nie było nadal jest tylko małą dziewczynką.

Siłą świata wykreowanego przez Jemisin jest jego autentyczność. Ludzie tam są takimi samymi ludźmi jak każdy, kogo znamy. Wrzuceni w kocioł końca świata starają się przetrwać mimo wszystko i w trakcie tej walki wychodzi na światło dzienne całe spektrum emocji, od tych najlepszych po te najmroczniejsze. Jednakże w samych superlatywach „Wrót Obelisku” odmalować także nie mogę bo… jak sama autorka w podziękowaniach wspomina „opowiadanie długiej, pojedynczej historii jest trudne” i sztuka ta samej autorce także idealnie nie wyszła. Pierwszy tom był trzęsieniem ziemi, zaś drugi to tylko wstrząsy wtórne. Akcja jest maksymalnie rozciągnięta, niemalże stoi w miejscu, a przez prawie czterysta stron powieści wydarzyło się tyle, co w jednej trzeciej pierwszej części. Gdyby nie finał to równie dobrze można by znaleźć w Internecie jakieś kilkustronicowe streszczenie i wyszło by na to samo.

Tak na dobrą sprawę można by tylko przeczytać rozdziały z punktu widzenia Nassun a później finał, i oprócz wiedzy na temat świata przedstawionego nie stracilibyśmy nic innego. Mam wrażenie, że autorce po części pierwszej zabrakło pomysłu na to jak wrzucić jakieś wydarzenia do głównego nurtu fabularnego książki tak, aby nie skończyć przypadkiem przedwcześnie całej historii. Więc opowiada tak jak potrafi, od czasu do czasu rzucając nam jakiś okruch wiedzy i powoli składamy sobie coraz wyraźniejszy obraz z tych wszystkich małych puzzli.

Ponadto jeden zabieg wydał mi się skrajnie irytujący. Jednym z głównych celów Essun podczas przebywania w Castrimie była nauka u Alabastra. Ten niestety jest takim nauczycielem, że szybciej nauczylibyśmy się języka francuskiego z niemieckiego słownika niż Essun czegoś od niego.

Jest jeszcze jedna cecha charakterystyczna książek N.K. Jemisin, o której musze wspomnieć. Autorka potrafi stworzyć coś, co wstrząśnie czytelnikiem w kilka chwil, jakiś szczegół świata lub tego jak bohater zareaguje na rozwój wydarzeń potrafi wbić nas w fotel i na długie minuty wprowadzić w zamyślenie. Takie momenty są bezcenne bo zdarzają się naprawdę rzadko i tylko w niewielkiej ilości książek. Same „Wrota…” warto było przeczytać chociażby dla tych właśnie rzadkich momentów.

Wrota Obelisków” czyta się z przejęciem i zapartym tchem zaś autorka dostarcza co pewien czas jakiś problem, nad którym możemy się pochylić i pokontemplować ludzką naturę. I w sumie do tego sprowadza się tak naprawdę ta książka. Dla niektórych może to być wada, dla innych zaleta, ale „Wrota…” są zdecydowanie wolniejsze i bardziej refleksyjne niż „Piąta Pora Roku”. Tak czy inaczej czytało mi się je znakomicie i dostarczyły mi nawet większej ilości materiału do przemyśleń niż poprzedni tom, co już rzadko mi się zdarza podczas czytania książek. Polecam i z niecierpliwością czekam na „Kamienne Niebo” i zakończenie całej trylogii.

Autor:  N.K. Jemisin

Tytuł:  Wrota Obelisków

Tłumaczenie:  Jakub Małecki

Data wydania:  14 czerwca 2017

Liczba stron:  392 

 

 

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0