Virion, Andrzej Ziemiański

Virion. Wyrocznia”, czyli najnowsza odsłona świata Cesarzowej Achai, zapowiadała się dla mnie niczym butelka wody na pustyni. Jak dotąd każdą z poprzednich książek Ziemiańskiego niemal pochłaniałem, bo podobał mi się jego styl i wykreowany świat, odmienny od wszystkiego, co dotychczas czytałem. Co więc może być lepszego niż historia praktycznie największego badassa w Troy, Luan czy gdzie byśmy nie zajrzeli? Bo Virion zdecydowanym, pierwszoligowym czarnym charakterem był i jak czytamy na okładce, to „szermierz natchniony, który wraz z dwudziestoma innymi straceńcami pokonał legion Moy – raptem tysiąc doświadczonych weteranów”. Szkoda tylko, że znów dostajemy dopiero tom pierwszy z iluś, gdzie próżno szukać tego, czego się spodziewamy.

Jaki jest „Virion” skoro nie taki jak ten, którego na podstawie wcześniejszych książek Ziemiańskiego mogliśmy oczekiwać? Jest niczym film, który już na początku był zaplanowany co najmniej jako trylogia. Książka bardzo wyraźnie podzielona jest na trzy części, z małym przebłyskiem i spoilerem już na samym początku. Niczym wyrywek z trailera, który pokazuje nam najważniejsze wydarzenie w całym dziele, ale nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić, bo jeszcze go nie znamy.

Akt pierwszy – przedstawienie bohaterów i zawiązanie akcji.
Spójrzmy więc na dzieciństwo Viriona, jego rodzinę oraz miasto, w którym wyrastał. Poznajmy jego przyjaciół, pierwszą nieśmiałą miłość i młodzieńcze lata. Pomyślmy też nad tym, co sprawiło, że tak do bólu zwyczajny człowiek (no dobrze, autor rzuca nam jedną poszlakę) stał się legendarnym szermierzem natchnionym. W tej części poznamy lepiej świat Imperium Luan, bo nie poskąpiono nam opisów tego jak funkcjonuje, ani najciekawszych, najgłupszych czy też najdziwniejszych jego patologii. I w gruncie rzeczy gdy już jesteśmy nasyceni albo znudzeni tą nastoletnią sielskością na prowincji, światła gasną. Nikt nie wie, co się dzieje, a życie Viriona wywraca się do góry nogami, gdy zostaje oskarżony o morderstwo. Cały ten początek lektury ratuje w gruncie rzeczy tylko Virion i jego refleksje nad rzeczywistością go otaczającą (chociażby lekcje podrywu w wykonaniu jego przyjaciela to dla mnie majstersztyk).

I tutaj zaczyna się akt drugi, rozwinięcie akcji, moment, w którym Virion trafia do więzienia. A dla nas rozpoczyna się niemal dokładnie najnudniejsza jedna trzecia książki, jaką jestem sobie w stanie wymyślić. Przegadane, przesiedziane i wnoszące tyle do całej historii Viriona co posiedzenia Rady Kobiet w Arabii Saudyjskiej dla ich (tychże kobiet) praw. Oczywiście w typowym dla Ziemiańskiego stylu mamy tu też do czynienia z epatowaniem najbardziej brutalną wersją rzeczywistości, jaką jest w stanie wymyślić. To nieodłączny i charakterystyczny element wszystkich książek z serii o Cesarzowej Achai (takim jakim jest choćby zabijanie bohaterów przez George’a Martina) ale nawet to nie ratuje tej kiepskiej, liczącej ponad 130 stron środkowej części „Viriona” .

 

 

Przychodzi wreszcie pora na długo wyczekiwany moment, w którym wspólna (głównego bohatera i nasza) męka się kończy. Ucieczka!
Niczym człowiek wychodzący w piątek o 16 ze znienawidzonej pracy wydajemy westchnienie ulgi i spoglądamy z nadzieją na weekend, tudzież zakończenie Viriona. Amen. W końcu coś się dzieje, są jakieś emocje i akcja. Finał „Viriona” czyta się jak całkiem inną książkę, zwłaszcza po tym swoistym szoku, jakim jest jego środek. Główny bohater wyrusza w końcu po upragnioną wolność, z bandą tropicieli na plecach, a my razem z nim na poszukiwanie obiecanych przez autora atrakcji. I wreszcie dostrzegamy przebłyski tego, jaką książką mógłby być „Virion”. W końcu zaczyna się robić ciekawie i dostrzegamy jakieś zalążki osobowość przyszłego Viriona, szermierza natchnionego. Szkoda tylko, że w takim stylu nie została napisana cała książka, bo o ile początek da się przeżyć, a koniec zdecydowanie polubić, to środek psuje przyjemność z lektury w sposób niezwykle skuteczny.

Virion” nie jest pozycją złą, ale dobrą też nie. Ot, idealny przykład tego, jak może wyglądać nierówno napisana książka. Nie wspominałbym o tym przy każdej możliwej okazji gdyby nie było to tak odczuwalne, ale niestety jest. „Virion” jest po prostu tak samo przeciętny jak jego bohater był w młodości. Miejmy nadzieję, że jeśli z młodego, niczym niewyróżniającego się Viriona wyrósł Virion szermierz natchniony to i z kolejnych książek jemu poświęconych (o ile takie powstaną) coś będzie. Zwłaszcza, że finał „Viriona” jest niezwykle obiecujący i kusi tym, jak ta seria mogłaby rozwinąć się w przyszłości. Nie jestem jednak w stanie z czystym sumieniem polecić tej książki osobom nieznającym uniwersum Cesarzowej Achai – zdecydowanie lepszym będzie sięgnięcie po początek całego serii, bo jest po prostu lepsza.

Recenzja jeśli podobała Ci się
na Facebooku polub nas! 🙂

Tytuł: Virion

Autor: Andrzej Ziemiański

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok wydania: 2017

Liczba stron: 512

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0