Thor: Ragnarok, reż. Taika Waititi

Thor: Ragnarok” jest trzecim solowym podejściem Marvela do tematu nordyckiego boga piorunów i członka ekipy Avengersów. Pierwsze dwa filmy o blond wojowniku wygenerowały dochód dla studia, ale w pamięci fanów raczej nie zapadły. Oba można by podać jako przykładowe średniaki w pokaźnym gronie filmów o superbohaterach. I mimo tego, że Thor jest moją ulubioną postacią z uniwersum Marvela, to niestety zdanie to w pełni podzielałem.

 

A później nadszedł Taika Waititi. I stał się „Thor: Ragnarok”. Ten nowozelandzki reżyser ma na swoim koncie filmy mające naprawdę mało wspólnego z blockbusterowym kinem. Nie był on dla mnie co prawda postacią nieznaną, bo widziałem zarówno jego nakręcony w stylu paradokumentu film „Co robimy w ukryciu” o wampirach usiłujących prowadzić normalne ludzkie życie, jak i bardziej dramatyczno-przygodowe „Dzikie łowy”. I na tej podstawie doszedłem do prostego wniosku jeszcze przed pierwszym trailerem trzeciego młotka, że będzie to dla mnie albo absolutny hit albo, no cóż… badziew.

 

 

 

Wyszedłem więc w końcu z kina i tak jak inni, uradowani uczestnicy tego seansu, byłem zachwycony. „Ragnarok” nabrał typowej dla kina Waititi’ego lekkości oraz fantazji, łącząc dość specyficzny i absurdalny humor ze świetnie zaprojektowanymi scenami akcji, nieprzeciętną grą aktorską i sprawnie opowiedzianą historią. Jeśli jesteście fanami napuszonych misjami ratowania świata (albo wręcz wszechświata) herosów, których nie stać nawet na jeden żart w trakcie, to zdecydowanie nie jest to film dla was. Jeśli zaś stawiacie na czystą rozrywkę i dobra zabawę, w „Ragnaroku” się wręcz zakochacie, bo ociera się on niemal o pastisz wspomnianych wcześniej produkcji w ten wdzięczny i właściwy dla innych filmów Nowozelandczyka sposób.

W mały dysonans może co niektórych wprawić połączenie głównego wątku filmu, zajmującego się zagładą i końcem świata, z ilością humoru jaki serwuje nam Waititi. „Ragnarok” nie jest poważnym filmem jak „Thor: Mroczny Świat”. Reżyser całkiem odszedł od tego motywu i zrobił porywające kino przygodowo-komediowe, które co by nie ukrywać według mnie wyszło świetnie. Niczym w domu poczują się tutaj ci wszyscy, którym podobali się „Strażnicy Galaktyki”, a osobiście uważam, że humor jest tutaj dużo lepszy. Tym lepiej, że serwowany jest w dość pokaźnej ilości i zacząłem się nawet w końcu obawiać czy nie wystąpi syndrom przesytu. Spokojnie jednak, trzeci film o blond mięśniaku balansując niemal na granicy przesady w tej kwestii nigdy jej nie przekracza.

Zdaje sobie sprawę, że to całkowicie subiektywna kwestia, jednakże czuje się dość pewnie wygłaszając takie opinie, bo obserwowałem też reakcje widzów na sali. W niezwykle sprawny sposób połączone zostały humorystyczne, lżejsze akcenty z poważniejszymi tematami, z którymi mierzą się nasi bohaterowie. Thor próbujący odnaleźć się w roli syna mądrego Odyna i przyszłego władcy Asgardu, czy uciekająca przed przeszłością Valkyria… Balans między prezentowanymi zdarzeniami jest idealny. Wyczekujemy w napięciu gdy reżyser tego chce, smucimy się gdy odkrywana przed nami jest poważniejsza strona bohaterów lub wydarzeń, by później uśmiechnąć się lub roześmiać, gdy bohaterowie rzucają jakimś żartem lub zachowują się niczym najlepsi komicy, nie wychodząc przy tym z ról bogów i herosów. Cameo Stana Lee jest zaś najśmieszniejszym i gwarantuję, że najbardziej charakterystycznym ze wszystkich do tej pory.

Gra aktorska w „Ragnaroku” jest najwyższej jakości i wyraźnie widać, że wszyscy doskonale bawili się na planie filmu i mieli przyjemność z samej gry. Cate Blanchett jako Hela jest fantastyczna, poraża wręcz charyzmą, bez specjalnej trudności tworząc jednego z lepszych oponentów jakich ma do zaoferowania Marvel czy DC. Waititi zafundował tytułowemu Thorowi, w którego wciela się Chris Hemsworth, całkowity lifting osobowości z fryzurą w gratisie. Nowy, mniej poważny, tak samo lubiący się przechwalać oraz lepiej rozumiejący ludzką naturę Thor 2.0 rozwija skrzydła i jest zdecydowanym krokiem naprzód w stosunku do jego wizerunku w dwóch poprzednich filmach. Sam Hemsworth ma w tym swój wielki udział, z łatwością prześlizgując się pomiędzy zawadiackim i zadufanym w sobie bogiem piorunów a twardym liderem wszystkich Asgardczyków. Loki jak to Loki, zarówno tą postać jak i samego Toma Hiddlestona wszyscy niemal bezwarunkowo kochają, jednakże sam syn gigantów także się zmienił, jego żądna władzy i manipulacyjna natura została nieco stonowana.

Hulk wreszcie doczekał się jakiejś głębi i charakteru poza słowami „HULK SMASH!”, zaś Mark Ruffalo w tych momentach, gdy wciela się w Bruce’a Bannera doskonale oddaje rolę niepewnego i przestraszonego wszystkim, co się wokół niego dzieje geniusza. Tessa Thompson w roli Valkyrii nadużywającej alkoholu ma swoje wzloty i upadki, ale nie odstaje na tyle, żeby psuło to w jakikolwiek sposób odbiór filmu. Jedynym mankamentem może być postać Skurge’a granego przez lubianego przeze mnie Karla Urbana, którego można by tak naprawdę wyciąć w całości z filmu i nikt by nie zauważył. No i oczywiście jest jeszcze Jeff Goldblum w roli Grandmastera, po którym wyraźnie widać, z jaką przyjemnością wcielił się w rolę dziwacznego władcy Sakaaru.

Zdecydowanie pochwalić trzeba Waititiego za sceny akcji, które wydają się świeże i doskonale zaplanowane, z dodatkiem przepięknego CGI. Cały film jest wizualną ucztą, w której nie poskąpiono nam przeróżnych krajobrazów i miejsc, od pięknego skandynawskiego Asgardu, przez planetę-wysypisko Saakar, aż do samych piekielnych wymiarów. Pierwszy raz widzimy naprawdę potężnego Thora otoczonego błyskawicami jako niemal boga, nie tylko zaś jako siłacza i wojownika, co jest smakowitym widokiem nie tylko dla jego fanek. Hela wręcz promieniuje zabójczą kompetencją i wyrachowaniem, rozprawiając się z przeciwnikami szybko i sprawnie. Ucieczka z Saakaru będzie zaś chyba moją ulubioną ze wszystkich scen demolki jakie widziałem, bo doskonale pokazuje „boską” stronę i możliwości zarówno Thora jak i samej Valkirii. Oglądając filmy o superbohaterach wiecznie brakowało mi pokazania tego, do czego są oni tak naprawdę zdolni, bo jedyne co do tej pory dostawaliśmy, to sceny walki, które równie dobrze mogłyby być udziałem zwykłych ludzi. A to, że przeciwnik poleci metr dalej po prawym sierpowym było co najmniej rozczarowujące. Z tego też względu podobał mi się „Człowiek ze Stali”, zaś w samym „Thorze: Ragnaroku” się wręcz zakochałem.

I chociaż bez skrępowania używam określenia bóg w stosunku do Thora to w „Ragnaroku” dostaniemy znacznie więcej informacji na temat natury samego głównego bohatera jak i pozostałych Asgardczyków. To pozwala lepiej określić ich rolę w uniwersum Marvela. Krok niezbędny aby połączyć te kinowe sfery w jedną wielką całość na potrzeby trzeciej fazy uniwersum, w której spotykać będą się (super)bohaterowie z oddzielnych do tej pory filmów. Nieodzownymi okazały się także pewne zmiany, które poirytować mogą fanów mitologii, ale są niezbędne z punktu widzenia historii już opowiedzianych. Hela jest przedstawiona jako córka Odyna a nie Lokiego, Fenrir też ma inne zadanie, zaś sam Ragnarok nie ma tak krwawego zakończenia dla Thora i całej reszty.

Wspomnieć także trzeba o muzyce, która doskonale zgrywa się z przepiękną stroną wizualną filmu. Epicki, niemal idealnie dopasowany do poszczególnych momentów jak i całokształtu filmu soundtrack zapada w pamięć. Jeśli podobał się wam „Immigrant Song” od Led Zeepelin w trailerze, to później będzie tylko lepiej, a pewna część ścieżki dźwiękowej ma ten neonowy vibe z lat 80. kojarzący się ze zdobywającym coraz większą popularność nurtem NewRetroWave (szczególnie kawałek Magic Sword – „In the Face of Evil”) i przypominający mi nieco soundtrack z „Atomic Blonde”.

Beta Ray Bill!

Thor: Rangarok” był tym wszystkim, czego zawsze chciałem i chciał będę od Marvela czy DC w kwestii filmów. Doskonały miszmasz wszelkich elementów, z niesamowitymi żartami oraz świetnie zaprojektowanymi scenami akcji, z aktorami, po których widać, że mieli jeszcze większą przyjemność występować w nim, niż ja go oglądać. Nowa odsłona o nordyckim bogu ląduje z impetem na pierwszym miejscu mojego ranking filmów o superbohaterach, strącając z podium pierwszą cześć „Strażników Galaktyki”. Polecam ten film absolutnie każdemu.

 

Starsze posty

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0