Szatańska cyfra 3 – O polityce wydawniczej firmy Valve

Podczas drugiego dnia tegorocznego turnieju Doty 2 The International, który odbył się w sierpniu w Seattle, Valve postanowiło pokazać króciutki teaser zapowiadający ich nowy tytuł. Od czasu premiery dwóch ostatnich, pełnoprawnych produkcji tego studia, czyli Counter Strike: Global Offensive i Doty 2 właśnie, minęło już ładnych parę lat, więc nie ma co się dziwić, że apetyty zgromadzonych na trybunach ludzi były wyostrzone do granic możliwości. Zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że jedyne informacje odnośnie nowych rzeczy od popularnego „zaworu” w zasadzie można sprowadzić do ogólnikowego „coś tam robimy”, a dotychczasowe uznane marki w portfolio Valve wręcz krzyczą o kontynuacje. Jaka więc może być reakcja widowni, gdy jej oczom ukazuje się zapowiedź jakiejś karcianki osadzonej w świecie Defenders of the Ancient?

 

Właściwie tylko jedna.

 

WEŹ MIĘ PAN Z TYM ARTIFACTEM

Olbrzymi jęk zawodu wydobywający się równocześnie z tysięcy gardeł przetoczył się po imponującej hali KeyArena w Seattle. Nieznaczna część ludzi klaskała, ale podejrzewam, że to bardziej z konsternacji, niż z czegokolwiek innego. No bo jak to – karcianka?! Na cholerę komu kolejna karcianka? Ciężko się zapalić do takiego pomysłu, zwłaszcza, że segment sieciowych gier karcianych wydaje się już i tak przepełniony. Hearthstone, Duelyst, Shadowverse, The Elder Scrolls: Legends czy też nasz rodzimy Gwint, do tego niedługo ma także wyjść Magic the Gathering: Arena… To tylko kilka z tych najbardziej popularnych przedstawicieli gatunku.

 

 

Jak Valve zamierza za pomocą Artifactu (tak się ma nazywać ich nowy tytuł) uszczknąć trochę dla siebie z kuszącego tortu komputerowych karcianek przy takiej konkurencji? Z pewnością stawiając na oryginalność. Z zaprezentowanych informacji wyłania się obraz gry będącej w istocie połączeniem Moby z grą karcianą. Zaczynasz z piątką bohaterów, których możesz rozstawić na trzech liniach, gdzie co turę odradzają się małe potworki, których głównym przeznaczeniem jest zginąć i dać ci piniądz. Brzmi znajomo? Dodaj do tego to, że po drugiej stronie linii stoją wrodzy bohaterowie, za których zabicie też dostajesz pieniądze i masz mniej więcej obraz tego, jak straciłem kilkadziesiąt dni mojego życia na grę w durną Mobę (co prawda nie w Dotę, lecz w Lola, ale zawsze). Element karciany wkracza w momencie, gdy już uzbierasz dostatecznie dużo złota. Wtedy to kupujesz karty (a jakże), które możesz przypisać do danego bohatera, a niektóre z tych kart także bezpośrednio do danej linii. Karty te oczywiście dają jakieś tam specjalne efekty. Jak to będzie działać w praktyce nikt jeszcze nie wie, trzeba przyznać jednak, że cały ten nieco mgliście zarysowany koncept rozgrywki jest dosyć unikalny i niewiele ma wspólnego z tradycyjnym wykładaniem karcioszek na stół jakie znamy chociażby z Hearthstone’a.

OCZEKIWANIA VS RZECZYWISTOŚĆ

Więc skoro Artifact ma być zupełnie nowym spojrzeniem na gatunek gier karcianych i ma naprawdę duże szanse na bycie bardzo grywalnym, (głównie z tego powodu, że robi je Valve), to dlaczego ci wszyscy ludzie tak buczą i o co im w ogóle chodzi? To proste: nie tego oczekiwali. Nie tego chcieli. Czego więc chcieli? Chcieli znów móc ponaparzać w zombiaki w gronie znajomych w nowym Left4Dead. Chcieli po raz kolejny uciekać z jakiegoś zapomnianego ośrodka badawczego przed szaloną sztuczną inteligencją w kolejnej odsłonie gier z serii Portal. Niektórzy chcieli też nowych czapek z kontynuacji najlepszego symulatora czapek jakim był Team Fortress 2. Ale przede wszystkim chcieli konkretnego domknięcia historii o pewnym małomównym naukowcu, który był właściwym człowiekiem na niewłaściwym miejscu. A nawet jeśli mieliby żadnej z tych rzeczy nie otrzymać, to z pewnością przyjęliby z otwartymi rękoma nowe IP z rozgrywką mocno opartą na fabule i single playerze. Niestety gra karciana, jak bardzo by nie była innowacyjna, nie jest żadną z tych rzeczy. Stąd też ten zawód.

Wielu z pewnością dziwi jak ktoś mający w swym posiadaniu tyle znakomitych marek, tyle kur znoszących złote jajka, w ogóle nie pali się do wydawania kolejnych odsłon znanych serii. Przecież jakby to był Ubisoft albo Activision to już dawny byśmy grali w Half Life 17: coś tam, coś tam Obcy w Egipcie, albo w Team Fortress 6: Modern Warfare. Jest na to tylko jedno wytłumaczenie- Gabe Newell, współzałożyciel firmy Valve i obecny jej prezes, nieuleczalnie boi się cyfr następujących po 2. No dobra, może to nie to, bo inaczej jak mógłby przeliczać swoje pieniądze. Tak naprawdę wydaje się, że powodów takiego stanu rzeczy jest 2 (no bo przecież nie 3).

PARA BUCH

Po pierwsze: Steam. Nie ma co ukrywać, że cyfrowa platforma do dystrybucji dóbr elektronicznych rozwijana już od ponad 14 lat, jest oczkiem w głowie zarządu Valve i potężną maszyną do mielenia zielonych. To jej prawidłowy rozwój i egzystencja skupia największe wysiłki firmy. To ona jest przedmiotem zazdrosnych westchnień konkurencji, próbującej przerobić pomysł Valve z mniejszym bądź większym powodzeniem na własną modłę. To ona sprawiła, że Lord Gaben znalazł się na 134 miejscu na liście najbogatszych mieszkańców Stanów Zjednoczonych wg Forbsa. Wreszcie to Steam jest bazą wypadową w coraz bardziej zuchwałych romansach Valve z branżą Hardware (wystarczy tu wspomnieć o Steam Controllerze czy rozwijaniu steam VR, przy współpracy z HTC) Jakby na sprawę nie spojrzeć, Valve Steamem stoi i jest tak już od ponad dekady. Stąd też wielu uważa, że firma ta zaniedbuje tworzenie nowych gier, bo im się to zwyczajnie nie opłaca. Wolą zająć się bezpiecznym rozwijaniem swojej platformy, co generuje pewne zyski, niż rzucać się z powrotem na głęboką wodę tworzenia gier.

Jakkolwiek nie jest to zarzut pozbawiony pewnej racji, tak zdaje się nie do końca oddawać pełnego obrazu sytuacji. Robienie gier wciąż leży w interesie „Zaworu”, o czym może świadczyć chociażby zapowiedź Artifactu. Jednak budzić może pewne kontrowersje fakt, że nacisk w dziale tworzenia gier Valve został zdecydowanie przesunięty na tytuły typowo e-sportowe. Ostatnie wyprodukowane przez nich produkcje są tytułami ściśle nastawionymi na scenę turniejową i zapowiada się, że Artifact też nie będzie od tego wzorca odbiegał. Ostatnią grą, która wyłamuje się z tego schematu jest Portal 2 wydany w roku 2011. Minął więc kawał czasu od kiedy było nam dane zagrać w coś spod szyldu Valve, co nie opierało się stricte na cyfrowej rywalizacji.

OMMMMMMM

Drugim powodem niewydawania przez Valve nowych odsłon swoich dawnych hitów jest filozofia tworzenia gier funkcjonująca wewnątrz firmy. W Valve nie ma parcia na tworzenie kontynuacji nośnych tytułów sprzed lat. Jeśli nie ma odpowiedniego klimatu, zbyt jasnej wizji i sami ludzie pracujący nad danym projektem nie są jakoś mocno nim zajarani, albo nie są w stanie wzniecić entuzjazmu u innych tym projektem – wtedy danej produkcji nie próbuje się ciągnąć na siłę i po prostu porzuca. Brzmi to jak jakaś programistyczna utopia i szczerze powiedziawszy ciężko w ogóle sobie wyobrazić, jak cokolwiek może powstać przy takim podejściu do sprawy), ale jeśli wierzyć jednemu z pracowników Valve tak też jest w istocie. Pewnie to też jest wytłumaczeniem tego, dlaczego w tym studiu praktycznie nie robi się słabych gier.

GOODNIGHT, SWEET PRINCE

Jest to też jednak jedną z przyczyn, dlaczego Half Life: Episode 3 ani Half Life 3 nigdy nie powstaną. Ten sam pracownik, o którym była mowa wyżej, stwierdził w wywiadzie, że najzwyczajniej w świecie Valve skupiło swe siły na zupełnie innych projektach i cała idea domknięcia sagi Half Life umarła śmiercią naturalną. Ponadto kolejną z przyczyn śmierci tej marki, jakkolwiek nierealnie by to nie brzmiało, była jej zbyt mała siła przebicia na rynku w dzisiejszych czasach. W branży najwięcej profitów obecnie zbierają gry konsolowe, a Half-Life jako taki był od zawsze domeną pecetowców, wśród graczy konsolowych nie wzbudzając już takiej ekscytacji. Dalszych przyczyn może być cały alfabet, co nie zmienia faktu, że kolejny Half-Life w zasadzie nie wyjdzie już nigdy. Jeśli ktoś miał co do tego jeszcze jakieś wątpliwości, nawet po przeczytaniu wspomnianego wywiadu (link), to musiało je rozwiać opublikowanie przez jednego z byłych scenarzystów Valve scenariusza do czegoś, co prawdopodobnie miało być trzecim epizodem Half-Life’a 2. Czytając ten skrypt (całość ze zmienionymi imionami bohaterów tutaj), trudno nie rozmarzyć się nad tym, jak wspaniale mogłoby to wyglądać na ekranach monitorów. Niestety, szanse na powstanie kolejnej, cyfrowej wersji historii Gordona Freemana są bliskie zeru. Jedyną, ale to naprawdę wątpliwą szansą na przywrócenie serii do życia, jest wypuszczenie jej przy okazji promocji jakiegoś innego produktu bądź usługi ze stajni Valve. Gdyby następna część Half-Life’a była dostępna jedynie w Steam VR, bądź działała jedynie na systemie operacyjnym Steam OS, wtedy mogłoby to teoretycznie zwiększyć popularność tych usług. Ewentualnie milkliwy naukowiec zawita na duży ekran i na fali hype’u powstanie kolejna gra. Pomimo rozmów prowadzonych przez Newella oraz producenta filmowego J.J. Abramsa i wyrażeniu chęci na stworzenie takiego filmowego uniwersum, całość ciągle nie opuściła sfery planowania i nic więcej na ten temat nie wiadomo (czytaj: produkcję tą będziesz widział jak świnia niebo).

Jeden z wielu Concept Artów dostępnych w sieci, które jak wierzono, dotyczyły tego, jak miał wyglądać Half-Life 2: Episode 3

 

DLA MNIE TEŻ NIEZBYT ŁASKAWY BYŁ DZIEŃ

I tak oto w ten wybitnie niesatysfakcjonujący sposób swój żywot kończy największa saga w komputerowych dziejach o nigdy niezaspokojonych pragnieniach graczy. Osłodzić słone łzy rozpaczy mogłaby wieść o powstającej w pocie czoła kontynuacji Portala bądź Left4Dead, lecz o tym też ani widu ani słychu, co najprawdopodobniej oznacza, że nic takiego nie ma miejsca. Nowo zapowiedziany Artifact na ten moment nawet nie wydaje się aspirować do tego, by zapełnić rosnącą pustkę w sercach miłośników serii Half-Life. Światełkiem w tunelu są pogłoski, że Valve pracuje w tym momencie nad inną grą, mającą być doświadczeniem stricte single player, jednak informacje na ten temat są nader skąpe. Graczom pozostaje jedynie nadzieja na to, że Gabe Newell w pewnym momencie przypomni sobie o korzeniach swej firmy, opartych mocno na produkcjach o wyśmienitych fabułach oraz będących jedynym w swym rodzaju doświadczeniem. Dopiero wtedy puści raz jeszcze całą machinę w ruch i wypchnie ją na tory wszystkim dobrze znane i do których wszystkim tak bardzo tęskno.

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0