Doktor Strange – cudowny pociąg jedzie dalej

 

Na samym początku tej recenzji  muszę przyznać, że nie miałam jakichś specjalnych oczekiwań co do tego filmu. MCU od lat raczy nas produkcjami, których fabuła opiera się na jednym, dosyć prostym schemacie. Oczywiście, można się rozwodzić nad tym, czy ów schemat nie jest już zbyt wyeksploatowany, ale tłumy na premierach kolejnych widowisk Marvela wyraźnie świadczą o tym, że najbardziej lubimy coś, co dobrze znamy [sprawdza się przy braku konkurencji 😀 ]. Pytanie tylko, jak długo ten odgrzewany kotlet będzie nam smakował? 

Doctor Strange” Marvela opowiada historię utalentowanego neurochirurga Doktora Stephena Strange’a, który po tragicznym wypadku musi odsunąć na bok własne ego i odkryć stojący obok ukryty świat mistycyzmu i alternatywnych wymiarów. Dziejąca się w Greenwich Village w Nowym Jorku historia stawia Doctora Strange’a jako pośrednika między realnym i mistycznym światem. Używając całej gamy swych metafizycznych umiejętności i artefaktów stanie on na straży uniwersum…

Nie ma co ukrywać, że „Doktor Strange” powiela schematy dotychczas stosowane przez MCU [DC nie ma co powielać :D]. Film jest po prostu standardowym wprowadzeniem kolejnego superbohatera za pomocą historii w stylu „from zero to hero”. Jedyna wyraźna różnica pomiędzy nim a innymi postaciami MCU polega na tym, że Strange obraca się w świecie magii [i czarodziejstwa ;p ], a jego pojedynki częściej mają wymiar metafizyczny.  Przed seansem z pewnością warto przybliżyć sobie tę postać, czy to w formie lektury komiksu, czy przejrzenia marvelowskiej wiki. Dlaczego? Sorcerer Supreme jest superbohaterem z rodzaju OP [OP jest Squirrel Girl, która pokonała nawet Thanosa], którego moce są właściwie nieograniczone. Osiągnięcie takiego wywyższenia wymagało od genialnego neurochirurga wielu lat ciężkich treningów, które w filmie zostały pokazane bardzo skrótowo. I choć nie oczekiwałam, że przez lwią część produkcji będę oglądać Stephena Strange’a walczącego z własnymi słabościami, to jednak jego moc nadeszła zbyt szybko i podejrzanie naturalnie [jeśli tak bardzo chcesz się czepiać, to zdolności Deadpoola do regeneracji też przyszły “szybko”]. Ktoś, kto wcześniej nie znał czarownika, może go przez to uznać za kolejnego, niewyróżniającego się superbohatera, który otrzymał swoje moce za nic.

Dobrze, skoro „Doktor Strange” nie oferuje nam zaskakującej fabuły, to może chociaż nadrabia akcją? W końcu nasz bohater musi się zmierzyć z mroczną potęgą multiuniwersum.  W tym wypadku nie ma na co narzekać – na ekranie wciąż coś się dzieje i naprawdę ciężko oderwać wzrok [jak przy znaczkach ze słonikiem ;P ]. Oczywiście, Strange jest czarodziejem, więc nie będzie się wyginał jak Czarna Wdowa, ale jego magiczne umiejętności naprawdę robią wrażenie. Większość scen akcji to po prostu spełnienie marzeń perfekcjonisty – każdy ruch oraz szczegół otoczenia są należycie dopieszczone, a nałożone na to wszystko efekty specjalne tylko podkreślają piękno tego filmu. Innymi słowy, „Doctor Strange” to prawdziwa uczta dla oczu. 

Mam wrażenie, że Sorcerer Supreme może podbić serca miłośników MCU tak, jak zrobił to Iron Man. Obaj bohaterowie mają nieco „dupkowate” charaktery, są zbyt pewni siebie, a przy tym emocjonalnie niedojrzali. Do tego błyskotliwy i pełen ironii humor… Czego chcieć więcej? I choć nie jestem wielką fanką Benedicta Cumberbatcha [gorzej wymawia się tylko nazwisko Gyllenhaala] to w roli genialnego, aroganckiego neurochirurga sprawdził się doskonale. Oczywiście, w jego lekkim stylu bycia widać trochę serialowego Sherlocka Holmesa, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Co więcej, obawiałam się, że scenarzyści zechcą zrobić ze Strange’a postać poważną, jak to na strażnika multiuniwersum przystało. Na szczęście, filmowy Sorcerer Supreme jest na swój sympatyczny sposób „zwyczajny”.

Analizując obsadę aktorską nie sposób jest pominąć cudownej Tildy Swinton [to ON był NIĄ!?]. Jej spokojny głos i oszczędna, ale budząca sympatię mowa ciała, świetnie pasowały do granej przez nią postaci. Oczywiście, długowieczna Starożytna pełni tutaj rolę mędrca i nie ma co ukrywać, że wygłaszane przez nią mądrości nie należą do odkrywczych. Ale sposób, w jakie aktorka je przekazuje sprawia, że film można momentami uznać za całkiem inspirujący.

Sporym rozczarowaniem była dla mnie rola Madsa Mikkelsena. Jako doktor Lecter aktor wypadł po prostu świetnie, więc spodziewałam się, że bez problemu zagra też czarny charakter i w tym filmie. Niestety, Kaecilius w jego wykonaniu jest po prostu nijaki [no bez jaj, był świetny -_-  w porównaniu do Apokalipsa, który ciągle krzyczał, to Klapaucius zasługuje na pomnik przy bulwarze zła]. Oszczędna mimika, niewiele charakterystycznych gestów i mało znaczące a przy tym nudne wypowiedzi wypadły blado nawet przy Wongu, który z założenia miał być typowym „drewniakiem”. Szkoda, bo naprawdę na tę postać liczyłam.
[A co z kung-fu peleryną?]

Doktor Strange” nie jest filmem ambitnym[na pewno nie tak ambitnym jak poczynania Amandy Waller i jej oddziału], ale udało mu się wyciągnąć z kina supebohaterskiego wszystko to, co najlepsze [Pju Pju Hyc Hyc bum?], doprawiając to solidną porcją mistycyzmu. Choć MCU po raz kolejny postawiło na prosty schemat [$$$], to jednak po seansie miałam wrażenie, że filmowy świat Marvela zyskał nieco kolorytu. A wszystko to dzięki smakowicie zaserwowanej magii [nie zapominaj o scenach po napisach –  jedna zapowiada kolejny film z MCU a druga następną część Doktorka].

[P.S. Bruce Wayne To Batman]

[Recenzja Angui ze znamienitym komentarzem Woodforda]

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0