Han Solo: Gwiezdne wojny- historie, reż. Ron Howard

Han Solo: Gwiezdne wojny- historie, reż. Ron Howard

Poczciwy „Rogal” wprowadził uniwersum Gwiezdnych Wojen na trochę inne tory i osobiście nie znam osoby, która jakoś bardzo by na ten zabieg narzekała.

Poczciwy „Rogal” wprowadził uniwersum Gwiezdnych Wojen na trochę inne tory i osobiście nie znam osoby, która jakoś bardzo by na ten zabieg narzekała. Wręcz przeciwnie, zachwytom nad dramatycznymi losami rebelianckiej drużyny do dziś nie ma końca i nic dziwnego, że kolejny spin off serii wywołuje tyle emocji. Zwłaszcza, że tym razem na warsztat wzięto losy bohatera, w którym skrycie podkochiwały się (i wciąż podkochują) kolejne pokolenia. Sama na origin story Hana Solo czekałam z ogromną niecierpliwością. Bo co mogło pójść nie tak?

 Zacznijmy od tego, że w ogólnym zarysie przeszłość naszego bohatera wygląda w tym filmie tak, jak mogliśmy ją sobie wyobrażać oglądając poprzednie części Gwiezdnych Wojen. Ot, na bardzo paskudnej i skorumpowanej planecie Corellia żyje sobie osierocony chłopak imieniem Han, który każdego dnia marzy o tym, by uciec wraz z ukochaną (Qi’Ra) gdzieś, gdzie nie będą terroryzowani przez członków syndykatów. Niestety, gdy w końcu pojawia się ku temu okazja, kochankowie zostają rozdzieleni. Zrozpaczony Han przyrzeka, że wróci po swoją wybrankę i wyrwie ją z rąk mafii, jak tylko uda mu się zdobyć dostateczną ilość gotówki…

 

Tak o to zaczyna się wędrówka młodego Hana Solo, który ze znaną sobie upartością dąży spełnienia danej ukochanej obietnicy, pakując się w gigantyczne kłopoty. Kłopoty, dzięki którym zdobędzie swój przydomek, ukochany statek, najdroższych kompanów i odkryje w sobie niezwykły talent do oszustwa… Jest mrocznie i momentami bardzo brutalnie, ale też z charakterystycznym dla Hana Solo dowcipem, który bardzo szybko cały ten mrok rozgania. Co najważniejsze jednak, Han Solo przyniesie wam odpowiedzi na pytania, które od początku serii sobie zadawaliście.

 

Nie zawsze jednak będą to odpowiedzi satysfakcjonujące. Z jednej strony skomplikowanie relacji Hana i Qi’Ry może tłumaczyć to, jak starszy Han traktował kobiety, ale sam wątek miłosny jest słabo prowadzony. Jakby jego twórcy nie mogli się zdecydować, czy wolą lekkie love story, czy może raczej sercowy dramat. Wprowadzenie Chewbacci w życie Solo też nie zaskakuje pomysłowością i konsekwencją. Poczciwy Chewie zaczyna jako krwawa i bezrozumna bestia, by dosłownie po chwili stać się najlepszym kompanem przemytnika.

 

Lepszy Han

Właśnie, samo przeniknięcie Hana do świata brudnych interesów też wydaje się nieco naciągane i choć jego początek w branży jest doprawdy dramatyczny, to nie brakuje mu lekko disneyowskiego sznytu. Na szczęście, wskazane przeze mnie potknięcia i zgrzyty rewanżują inne wątki (jak pierwszy kontakt Hana z rebelią, czy pojawienie się w jego życiu Lando), które są po prostu należycie wykonane i intrygujące. Niemniej, te wszystkie mniejsze i większe błędy sprawiają, że fabułę filmu ocenić można jednym zdaniem – „Jest całkiem ok, ale mogłoby być lepiej”.

No dobrze, fabuła fabułą, ale jak z wykonaniem? Nie ma co ukrywać, że Harrisona Forda nikt nie zastąpi, ale Alden Ehrenreich starał się pilnie odrobić pracę domową, co widać nawet w jego mimice i gestach. Jasne, to wciąż nie jest i nie będzie to samo, ale biorąc pod uwagę fakt, że młodziutki aktor dostał bardzo trudne zadanie zmierzenia się z prawdziwą legendą, pewne niedociągnięcia bez trudu można mu wybaczyć. W przeciwieństwie do niego, Emilia Clarke jako Qi’Ra kompletnie się nie odnalazła i trudno oprzeć się wrażeniu, że to nikt inny jak Matka Smoków, tylko w wersji science fiction.

Natomiast Donald Glover wcielający się w Lando Carlissiana to absolutny strzał w dziesiątkę i tutaj ciężko o jakiekolwiek zarzuty – Glover po prostu poczuł swoją postać i świetnie się w roli zadufanego w sobie strojnisia odnalazł. Podobnie sprawa wygląda w przypadku Woody’ego Harrelsona, obsadzonego w roli sprytnego przemytnika na usługach Szkarłatnego Świtu. Na szczególną uwagę zasługuje także „główny zły” czyli Paul Bettany jako Dryden Vos. Choć potężny kryminalista pojawia się na ekranie tylko na chwilę, to zostawia po sobie niezatarte wrażenie.

Od strony wizualnej przygody Hana Solo naprawdę cieszą oko. Szybkie przejścia kamery w scenach akcji gwarantują widzom niemałą rozrywkę, a niezwykła dbałość o detale (zarówno w kwestii charakteryzacji aktorów, jak i całego otoczenia) momentami wręcz zachwyca. Jedyne, do czego można się przyczepić, to ilość zastosowanych zaawansowanych efektów specjalnych, które choć są doprawdy piękne, to bardziej pasują do Strażników Galaktyki niż Gwiezdnych Wojen.

A co z oprawą muzyczną? John Powell całymi garściami czerpał z muzycznego dorobku Gwiezdnych Wojen, z niezwykłym wyczuciem wplatając znane nam doskonale dźwięki w nowe aranżacje. Co więcej, muzyka doskonale pasuje do tego, co na ekranie się pojawia, tym samym jeszcze bardziej podkręcając ogólne wrażenia z seansu.

Zbierając w całość tą krótką recenzję z całym spokojem stwierdzić mogę, że origin story Hana Solo nie rozczarował mnie. Jasne, mogłoby być lepiej, niektóre motywy wręcz błagają o większą uwagę, jednak salę kinową opuściłam z poczuciem, że jest dobrze. Nie zachwycająco, ale po prostu dobrze, z odpowiednią dozą szacunku dla legendy uniwersum i wyważeniem.
7/10

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0