Łotr 1. Gwiezdne Wojny- historie (2)

Rogue One” jawił mi się jako fajny sposób na skrócenie sobie oczekiwania na ósmą część ukochanych przez świat Star Warsów. Lekko zawiedziony doświadczeniami po obejrzeniu siódmego epizodu, nie oczekiwałem niczego szczególnego poza tym co stanowi dla mnie sedno Gwiezdnych Wojen. Piękne bitwy kosmiczne i rycerze Jedi. Dostałem połowę, jednak brak rycerzy Jedi mnie nie zmartwił, bo dostałem coś w zamian. Bardzo dużo czegoś. Ogromne ilości czegoś niesamowitego.

Rogue One” to moim skromnym zdaniem najlepszy film z całego uniwersum Gwiezdnych Wojen jaki kiedykolwiek powstał. A nawet lepszy. I przemawia za tym tyle rzeczy że nawet nie wiem od czego zacząć. Niech będzie więc od początku. Galen Erso to jeden z głównych naukowców pracujących nad nową i zabójczą bronią Imperium, doskonale znaną wszystkim Gwiazdą Śmierci. A jako że ta praca mu się niezbyt podobała z przekonań politycznych to uciekł i schronił się na końcu galaktyki ze swoją żona i córką. Jak łatwo się domyślić Imperium nie chciało wypuścić z ze swoich rąk genialnego inżyniera. Galen trafia z powrotem w imperialne ręce, a jego córka ucieka. Mija trochę czasu a dużo starsza Jyn Erso staje się jedyną osobą, dzięki której Rebelia może skontaktować się z Galenem mogącym pomóc w zniszczeniu broni, którą sam zaprojektował.

 

Dość standardowa historia jak na uniwersum Gwiezdnych Wojen. No to dlaczego mi się tak podobało? Po pierwsze CGI. Efekty specjalne były niesamowite. Walki w kosmosie są niesamowite. Wszystko wyglądało niesamowicie. Scena walki na plaży pod koniec filmu jest lepsza niż wszystko co widziałem przez ostatnie kilka lat. Piękna, dopracowana, wzbudzająca ciarki na plecach. Jedynym co przychodzi mi na myśl jako porównanie to scena bitwy w ostatnim odcinku „Gry o Tron”. A Gwiazda Śmierci w akcji  wygląda po prostu nieziemsko.

Jedźmy dalej: bohaterowie. K2-SO. Droid. którego poznamy w „Rogue One”, jest śmieszniejszy i bardziej charakterystyczny niż C3PO, R2D2 i BB8 razem wzięci. Teksty, którymi strzela jak z rękawa po prostu rozbrajają. „Gratulacje, właśnie zostałaś uratowana” to chyba najlepsze wejście bohatera jakie widziałem.  Nowy zły – Orson Krennic, pożerany przez ambicję, która napędza wszystkie jego działania i  czyni go naprawdę autentycznym. Doonie Yen jako Chirrut Imwe kradnie wszystkie sceny, w których występuje. Jyn Erso oraz Cassian Andor także tworzą całkiem ciekawy i realny zestaw. Za każdym razem gdy na ekranie pojawia się Darth Vader to przez ten krótki czas jest on lepszy niż przez całą pierwszą trylogię. Scena z Vaderem i Krennicem jest tak niesamowicie dobra ,że najchętniej puściłbym sobie kilka powtórek jeszcze w kinie. Ciarki, ciarki wszędzie. Małym rozczarowaniem okazał się Forrest Whitaker (którego osobiście bardzo lubię), chociaż to bardziej wina tego, jaką rolę miał do odegrania jako Saw Garrera, niż samego warsztatu aktorskiego.

 

Tempo filmu nie wybacza nawet krótkiego rozkojarzenia. Akcja gna do przodu cały czas niczym kosmiczny ścigacz. I jest to jak dla mnie jeden z niewielu  zgrzytów w tym filmie. Nie mamy czasu aby dowiedzieć się ważnych rzeczy.  Kim jest Chirrut Imwe? Dlaczego Baze Malbus za nim podąża? Jak wyglądała przeszłość kapitana Cassiana Andora? Każdemu z bohaterów nie zaszkodziło by nieco więcej czasu na ekranie, no ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Pokazany świat naprawdę dobrze rozwija to co, do tej pory widzieliśmy w Gwiezdnych Wojnach. Po ekranie przewijają się zarówno znajome postacie jak i świetnie zaprojektowane nowe rasy kosmitów czy statki gwiezdne. Nieco anachronicznie wyglądające hełmy załogi Gwiazdy Śmierci czy załogi statków Rebelii mocno ożywiają sentyment jaki odczuwam do pierwszej trylogii. I oczywiście zdjęcia. Pokuszę się o stwierdzenie, że „Rogue One” może być mocnym kandydatem do Oscara zarówno w kategorii efektów specjalnych jak i zdjęć.

 

Tym co „zrobiło” dla mnie ten film był mroczny, brutalny klimat. Rebelia też musi brudzić sobie ręce. Pokazanie jej jako co innego niż wyidealizowani buntownicy o wolność, miłość i braterstwo, jest moim zdaniem genialnym posunięciem. Rebelia to nie tylko idealna Księżniczka Leia. Gareth Edwards wprowadził Gwiezdne Wojny w dorosły świat i wyszło mu to niesamowicie. Z imperium nie walczą wyidealizowani herosi i bohaterowie bez skazy tylko złamani ludzie z brzydką przeszłością. Robili rzeczy z których nie są dumni i widać piętno, które te doświadczenia na nich zostawiły. Ku mojemu zdziwieniu udało się także wcisnąć sporą dawkę pasującego tam humoru i to niekoniecznie ze względu na jego czarny charakter.

No i finał. Proszę Państwa, finał. Finał był idealny. Nic dodać nic ująć. Hollywood was na to nie przygotowało a fan azjatyckiego kina którego mam w środku wył i tupał nogą z zachwytu. „Rogue One” to zdecydowanie mój faworyt do pozycji filmu roku 2016 i już raczej nie zmieni się  nic w tej kwestii. Mam nadzieje, że to wystarczająca zachęta do obejrzenia.

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0