Remedium, Richard Phillips

Pierwszy tom „Projektu Rho” niebezpiecznie zalatywał mi klimatami young adult z uwagi na jego młodych bohaterów. Wszelkie moje podejrzenia i wątpliwoś

Pierwszy tom „Projektu Rho” niebezpiecznie zalatywał mi klimatami young adult z uwagi na jego młodych bohaterów. Wszelkie moje podejrzenia i wątpliwości były stopniowo rozwiewane aż do finału książki, kiedy to utwierdziłem się w przekonaniu, iż „Drugiemu Okrętowi” znakomicie wyszło to, czym w zamierzeniu miał być. Czyli prostą, szybką, pisaną lekką ręką i pełną napięcia pozycją science fiction. Autor nie silił się na wymyślanie koła od nowa i nie szalał w kwestii konstrukcji fabuły czy zastosowanych środków pisarskich, jednakże to, co sobie zamierzył, wyszło mu nadspodziewanie dobrze.

 

Remedium”, czyli kontynuacja „Drugiego Okrętu” jest dokładnie tym samym, tylko nieco szybszym, bardziej trzymającym w napięciu i o ile mogę sobie na takie stwierdzenie pozwolić, lepiej napisanym. Richard Phillips w znakomity sposób rozwinął wątki pozostawiane na końcu tomu pierwszego, akcja toczy się coraz szybciej i szybciej, a nasi bohaterowie starają się nadążyć za rozwojem wypadków.

 

A dzieje się dużo i intensywnie. Czasami wręcz zbyt intensywnie, jednakże takie jest chyba zamierzenie autora. Szaleni naukowcy jak zwykle mają swoje cele i ambicje, przekupni politycy wcale nie pozostają w tyle, a w dodatku mamy jeszcze paru psychopatów na miłe zakończenie dnia. Tytułowe remedium, czyli osiągnięcia obcej technologii, mają zostać udostępnione całemu światu. Wyleczenie wszystkich chorób oraz zwiększenie odporności ludzkiego organizmu na rany pociągnęło za sobą dużo więcej efektów niż się spodziewano i w większości są to rzeczy, którymi nie tylko dzieci na dobranoc można by straszyć. A autor doskonale eksploruje te wątki. I chociaż nie wysuwają się tutaj na pierwszy plan, co jest dla mnie dość dużym minusem, to samo ich wprowadzenie dodaje klimatu grozy i zagrożenia do tej wydawałoby się dość lekkiej pozycji.

 

Jest krwawo i mrocznie, a widoczki niczym z amerykańskich sitcomów o życiu sielskich, prowincjonalnych rodzin przeplatają się z opisami operacji bez znieczulenia, brutalnych morderstw, tortur i nieludzkich eksperymentów. Koronnym przykładem jest tutaj El Chupacabra, jeden z nowych bohaterów wprowadzonych przez Phillipsa, który jest podręcznikowym wręcz wzorem psychopatycznego zabójcy z kilkoma bonusowymi zboczeniami.

Jednym z większych plusów książki był dla mnie rozwój postaci, które w niej występują. Jennifer, Mark oraz Heather zmieniają się coraz bardziej pod wpływem pozaziemskiej technologii a my obserwujemy tą przemianę z pierwszego rzędu. Autorowi udała się także bardzo trudna sztuka polegająca na tym, że pomimo potężnych ponadnaturalnych zdolności nie mamy wrażenia iż są oni wszechwiedzącymi superbohaterami. Idealnie udało się oddać ich zachowanie na pograniczu geniuszu, naiwności i braku doświadczenia w życiu, zwłaszcza w przypadku Jennifer. Ciekawa jest także ewolucja ich podejścia do olbrzymich przemian, jakie zachodzą na świecie. Na początku nasze nastolatki przybierają pozę niechętnych obserwatorów, wręcz za złe mają to, że zostali wmieszani we wszystkie rozgrywki na poziomie, który ich zdecydowanie przerasta. Dopiero później angażują się we wszystko, mimo to niechętnie. Nadaje to całej opowieści realistycznego charakteru, na ile realistyczna oczywiście może być historia o uzyskaniu cudownych wręcz mocy dzięki technologii obcych.

 

Nie do końca jestem pewien, co autor chciał osiągnąć w wątku Raula, który malowany jest niczym nieustanne zagrożenie dla trójki pozostałych bohaterów by finalnie dosłownie nic nie zdziałać. Był to zabieg co najmniej rozczarowujący. Łatwo się domyślać, że pewnie coś z tego wyniknie w następnym tomie, ale to chyba za słabo by usprawiedliwić całe poświecone mu miejsce.

Narracja jest nieco dezorientująca, na 652 stronach autor zmieścił aż 146 rozdziałów, przeskakując pomiędzy nimi niczym królik na speedzie. Za którymś razem mamy dosyć i chcielibyśmy zatrzymać się na dłużej przy jakiejś postaci, jednakże autor rzuca nami jak tylko chce. I chociaż składa się to w zgrabnie opowiedzianą historię to wolałbym jednak nieco bardziej stonowany sposób opowiadania historii.

 

Jednym z nieco irytujących zwyczajów autora jest zbytnie mitologizowanie postaci drugoplanowych. Gdy przedstawiany jest nam zabójca, jest on najbardziej karykaturalną wersją człowieka od rozwiązywania problemów jakiego możemy sobie wyobrazić. Członek służb specjalnych, pod uroczym pseudonimem Kosiarz, to niemal półboski wojownik, afgański Achilles. O manierach narkotykowego barona nawet nie będę wspominał. Z jednej strony wpisuje się to w lekki charakter powieści, z drugiej nieco razi w oczy, bo jednak są pewne granice upraszczania i grania stereotypami.

 

W ogólnym rozrachunk u „Remedium” jest idealną pozycją dla wszystkich, którzy chcieliby spędzić parę miłych chwil przy lekkiej pozycji, najlepiej w promieniach wiosennego słońca. Autor nie sili się na filozoficzne rozważania o naturze człowieka czy dywagacje nad moralnością dziejących się wydarzeń. Celem nadrzędnym „Remedium” jest dostarczenie czytelnikowi lekkostrawnej rozrywki i w tej kwestii znakomicie się sprawdza, a kilka mankamentów można wybaczyć.

 

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0