Pieśń i krzyk, Jacek Łukawski

    Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że Jacek Łukawski trochę na polskim rynku fantastyki namieszał. „Kraina Martwej Ziemi” nie j

 

 

Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że Jacek Łukawski trochę na polskim rynku fantastyki namieszał. „Kraina Martwej Ziemi” nie jest co prawda cyklem idealnym, jednak Łukawski dał nam w nim coś, czego na rodzimym poletku ciągle mało – historię osadzoną w klasycznym uniwersum fantasy. Świecie skonstruowanym bardzo dobrze, inspirowanym słowiańszczyzną i stworzonym bez zbędnych udziwnień czy skomplikowanych mariaży z science fiction. Dał nam sagę, która czerpie z klasyki gatunku pełnymi garściami, a mimo to od niej odmienną i świeżą. Dlatego na zakończenie „Krainy Martwej Ziemi” czekałam z mieszaniną zniecierpliwienia i niepokoju. Mając w pamięci wszystkie rozpoczęte w poprzednich tomach wątki zastanawiałam się, jak autor zamierza je ładnie i z sensem domknąć. I czy w ogóle mu się to uda.

Pieśń i krzyk” otwiera krótka „przypominajka” w postaci listu Arthorna do przyjaciela. Jest to zabieg, który należy z miejsca pochwalić – od premiery tomu poprzedniego, czyli „Gromu i szkwału”, minął ponad rok, co dla łakomego pożeracza książek równa się przynajmniej kilkadziesiąt innych pozycji w tak zwanym międzyczasie. Dzięki temu wstępniakowi błyskawicznie odświeżycie sobie pamięć bez konieczności ponownego sięgania do tomów poprzednich. Niby rzecz prosta, ale cieszy, kiedy książkowy grafik jest bardzo napięty.

 

Po wydarzeniach znanych z „Gromu i szkwału” życie głównych bohaterów sagi jeszcze bardziej się komplikuje. Królowa Azure z wdzięczności pakuje Arthorna do więzienia, a jego ukochana Valesca błąka się bez pamięci po płaskostworzu. Król Auriss zaczyna rozumieć, że małżeństwo z kapryśną księżniczką jest w rzeczywistości gwoździem do trumny dla jego kariery, a Mathonwa gna na spotkanie swojej boskiej strony… Kryzys nie ominie także największej potęgi jaką jest Nife, której władczyni okazuje się nie być tak doskonałą intrygantką za jaką sama się uważała. 

Fabuła „Pieśni i krzyku” toczy się w dość równym, żwawym tempie, a poszczególne wątki powoli zaczynają się ze sobą splatać, tworząc misterną całość. Autor nie oszczędza naszych bohaterów, popędzając ich na spotkanie z przeznaczeniem. Jest dosyć ciężko, bo pakuje ich w kolejne niebezpieczne sytuacje i rzuca coraz trudniejsze wyzwania. W tym momencie muszę pochwalić autora za to, w jaki sposób bohaterów z tych tarapatów wyciąga. Otóż nie sięga on po tak łatwo dostępne w fantasy wszelkiego rodzaju „cuda”, ale doprowadza do całkiem sensownych sytuacji.

 

Doskonałym tego przykładem jest motyw z kotem towarzyszącym Valesce o jakże uroczym imieniu Węgielek. Nie będę wdawać się w szczegóły żeby nie odbierać wam przyjemności z lektury, zaznaczę jednak, że o żadnych cudownych akcjach ratunkowych (które to wielu czytelników drażnią) od rychłej i paskudnej śmierci nie ma tu mowy. To bardzo dobrze, bo jak wiadomo magia nie jest rozwiązaniem na wszystko, a tacy bohaterowie, którym wszystko uchodzi na sucho, są po prostu nudni.

 Jak łatwo się domyślić, wszystko zmierza ku wielkiemu finałowi, który… Tak wielki nie jest, jak można by tego oczekiwać. Tutaj Łukawski zdecydowanie odbiegł od klasyki, zamiast hucznej imprezy serwując nam zakończenie całkiem zwyczajne. Jasne, autor sensownie każdy z wątków zakończył, niekiedy zostawiając miejsca na dopowiedzenia, ale zrobił to bez wielkiego szumu. Dlatego tak jak weszliśmy w Martwicę głośno i z przytupem, tak opuszczamy ją zdecydowanie ciszej i spokojniej, a przez to ze sporą dawką niedosytu.

 

Łukawski ponownie udowadnia, że potrafi stworzyć bohaterów wielowymiarowych, naturalnie reagujących na zmieniającą się sytuację i otoczenie. Przemiana jednych zaskoczy was pozytywnie, innych z pewnością rozczaruje. Do tego na scenę wkraczają (choć na krótko, bo dopiero teraz) bohaterowie nowi, z którymi jednak szybko się zżyjemy. Dlaczego? Otóż postaciom wykreowanym przez Łukawskiego daleko jest do epickości i heroizmu rodem z high fantasy. Mają mnóstwo wad, cierpią, wściekają się, postępują nieuczciwie i często się poddają. I to właśnie czyni ich pełnokrwistymi postaciami, z którymi czytelnik może się utożsamiać lub szczerze i z głębi serca znienawidzić.

 

Ponownie muszę się pozachwycać chwilę nad tym, w jaki sposób Jacek Łukawski pisze. Nad charakterystycznymi dialogami (Gradlon i jego kwiecisty język to mój absolutny faworyt w tej kwestii) oraz pełnymi metafor i działającymi na wyobraźnię opisami (scena „walki” Marcasa i pewnej stanowczej wojowniczki jest po prostu bezbłędna). Autor znów co chwila puszcza do czytelnika oczko, wplatając w narrację liczne nawiązania do innych wytworów kultury (biedna Czerwona Sonia), tym samym pokazując, że nie jest tylko „tym panem od książek” ale również (a może przede wszystkim) fanem. Ech, gdyby tylko każdy z ukazujących się na naszym rynku debiutów był tak warsztatowo dopracowany…

Z „Krainą Martwej Ziemi” żegnam się nie bez żalu ale i nie bez pewnych zarzutów. Bo mimo wszystkich „ochów i achów”, które padły z moich ust na temat trzech tomów, liczyłam na bardziej widowiskowe i złożone grande finale, warte tak rozbudowanego i dopracowanego uniwersum. Trudno mi tu napisać o jakimś ogromnym zawodzie, bo w pozostałych aspektach „Pieśń i krzyk” bardzo mi się podobała, ale jako wierna i szczera czytelniczka nie mogę tego tak po prostu zignorować. W moim odczuciu mogło być lepiej. Po prostu.

 

KOMENTARZE

WORDPRESS: 2
  • comment-avatar
    Anna 2 tygodnie

    Krwawe słowiańskie klimaty? Dodaję do kupki wstydu. 😀

  • comment-avatar
    Dxitero 2 tygodnie

    Trochę martwi mnie to spokojne zakończenie ale i tak będzie czytane.

  • KOMENTARZE 0