Otchłań, Peter V. Brett

Otchłań: Księga I”, czyli długo wyczekiwane prawie zakończenie cyklu Petera V. Bretta, miało swoją polską premierę 31 stycznia. Prawie zakończenie, bo (jak już mogliśmy do tego przywyknąć) Fabryka Słów podzieliła także tą część na dwa tomy, a na drugi, czyli na na-pewno-zakończenie przyjdzie nam poczekać do 9 maja. No, chyba że pokusimy się o przeczytanie wersji angielskojęzycznej. Trochę szkoda, że nie wydano obu tomów w jednym terminie, no ale cóż… taki los czytelnika w Polsce.

 

 

Cyklu Demonicznego przedstawiać nikomu nie trzeba. „Otchłań” to w końcu już dziewiąty tom w tej serii, więc kto jeszcze o nim nie słyszał, musi od paru lat żyć chyba pod kamieniem. Dzieło, dzięki któremu nazwisko Petera V. Bretta stało się rozpoznawalne wśród fanów książek fantasy nieuchronnie i wielkimi krokami zbliża się do końca, a „Otchłań: Księga I” jest preludium do finału.

 

 

I tak też należy ją odbierać. Powoli wszystko dąży do rozwiązania, kilkukrotnie czytamy także, iż nie ma już czasu na przygotowania do Sharak Ka, czyli wojny z demonami chociaż wszystkie ludzkie krainy nadal pogrążone są w tzw. Wojnie w Blasku Dnia, albo wojnie unifikacyjnej całą ludzkość przed ostatecznym starciem z demonami. Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem jednak to, że ludzie jak to ludzie zdają się nie przejmować tym iż dosłownie pod ich nogami są milionowe zastępy demonicznych bestii i radośnie wyrzynają się w najlepsze o słaęe, honor, ziemie czy bogactwa. Arlen Bales, nasz Malowany Człowiek wraz z drużyną ma na szczęście inne plany i z pełną determinacją dąży do ich wypełnienia.  Swoja drogą nieco ironiczne jest iż Arlen praktycznie jedyne co robi w tej części to powtarzanie, że nie ma czasu i trzeba się śpieszyć… Cóż, na więcej i tak nie ma miejsca bo autor dość starannie unika pisania o nim.

 

 

 

Szkoda tylko, że wątki Arlena i Jardira, naszego głównego duetu, który przyciągał mnie na długie godziny do lektury w poprzednich tomach występują dosłownie w jednym rozdziale. Jardirowi dostało się jeszcze trochę miejsce gdzie niczym deus-ex-machina wpada w wir krasjańskiej polityki, i w ciągu jednej nocy rozwiązuje wszelkie problemy z jakimi mierzyła się jego żona – Inevera. Po co w takim razie cały ten czas poświęcony pałacowym intrygom w czwartym tomie? Jardir wpadł, zamącił wodę i odleciał. Dosłownie.

Nie inaczej sprawy mają się w innych częściach świata. Leesha na granicy porodu dziecka Jardira przybywa do Zakątka jako pani hrabina aby objąć tam władzę (co pewnie nikogo nie zdziwi) i udało jej się zrobić bez najmniejszych problemów. Bądźmy szczerzy, o ile Leesha była interesującą postacią w początkowych tomach serii, to Brett robi z niej ostatnio superhero, któremu nie trzeba absolutnie niczego bo i tak jej wszystko wychodzi, a wszyscy pieją z zachwytu nad „Panią Leeshą”. Szkoda tylko, że autor zapomniał o naczelnej zasadzie rządzącej tworzeniem takich postaci, trzeba pokazywać co robią, a nie pisać o tym jakie to wspaniałe…

Najciekawszą postacią zdecydowanie jest Alagai Ka, Książe Małżonek, czyli jeden z najstarszych żyjących demonów złapany przez naszą dzielną kompanię. Przypomina mi postać Ba’alzamona z serii Koła Czasu, bo absolutnie wszystko co wychodzi z jego ust to mix kłamstw, prawd i półprawd którymi karmi naszych bohaterów sprawiającm że tańczą jak im zagra. Chociaż przebłyski tego widzimy w Księdze Pierwszej to na prawdziwe rozwinięcie i świetne sceny z mimikami polscy czytelnicy muszą jeszcze poczekać do premiery ostatniego tomu.

Przyszywani rodzice Arlena, Damanvah, Sikvah, nowy członek zespołu postaci głównych – Briar, pół-krasjanin z poczuciem winy, Asome, Hasik, Abban czy Renna… Znów spotkamy praktycznie wszystkie postacie z którymi przeżywaliśmy przygody w poprzednich tomach i nie jest to spotkanie w żadnym wypadku przykre.

Akcja toczy się wartko i płynnie, a autor buduje świat i przeskakuje pomiędzy postaciami w taki sposób abyśmy nie pogubili się wśród ich mnogości. Zachowany jest także balans pomiędzy czystą akcją a polityką, czy jak kto woli pomiędzy zabijaniem demonów a zabijaniem ludzi. Brett jest mistrzem słowa a jego książki mają w sobie coś co przyciąga i pozwala je czytać z zapartym tchem do późna w nocy.

Odnajdą się tutaj miłośnicy autora „Gry o tron”, ilość przemocy i seksu jest znacząco wyższa niż w poprzednich częściach a sam Brett jakoś nie przejmuje się uczuciami co wrażliwszych czytelników. Daleko mi do miana pruderyjnego, a właściwie nie mógłbym się bardziej od tego określenia odżegnywać, ale w gruncie rzeczy ani to nie pasuje ani nic ważnego nie wnosi. To, że naczelniczka jakiejś wioski jest lesbijką a Gared Rębacz lubi być przywiązywany do łóżka przez swoja przyszłą żonę niczemu nie służy. Potraktujcie to jako dodatkowy pieprz, chociaż podane przykłady i tak należą do tych łagodniejszych.

Podsumowując, „Otchłań: Księga I” jest wszystkim tym, do czego przyzwyczaił nas Peter V. Brett, a każdy któremu spodobał się Cykl Demoniczny bez problemu się tutaj odnajdzie. Jednakże nie da się nie zauważyć, że ta część poświęcona jest głównie przygotowaniu gruntu pod ostateczną rozgrywkę i finał, a akcja rozbita na tak wiele wątków, miejsc i postaci iż mimo że wydaje nam się, że cały czas coś się dzieje to tak naprawdę drepczemy w miejscu. Co w gruncie rzeczy w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało mi w lekturze i czerpaniu przyjemności z niej, co i innych gorąco polecam.

 

Tytuł: Otchłań: Księga I

Autor: Peter V. Brett

Tłumaczenie: Marcin Mortka

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok Wydania: 2018

Liczba stron: 656

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0