Osobliwy dom Pani Peregrine

Jestem ogromnym sceptykiem jeśli chodzi o wszelkiej maści adaptacje i ekranizacje literatury. I nie chodzi o to, że mam wobec nich jakieś specjalnie wygórowane oczekiwania. Po prostu wiem, że w zdecydowanej większości przypadków wizja reżysera i scenarzystów odbiegać będzie od mojej i zwyczajnie staram się podchodzić do takich obrazów na chłodnym luzie. W przypadku „Osobliwego domu pani Peregrine” było jednak zupełnie inaczej. Książka Ransoma Riggsa zrobiła na mnie potężne wrażenie, podobnie jak dotychczasowe obrazy Tima Burtona. Czy z tego połączenia mogło wyjść coś złego?

 

Na początku krótki zarys fabuły dla tych, którzy „Osobliwego domu pani Peregrine” nie czytali. Dziadek Jacka umiera w bardzo dziwnych okolicznościach, a nastolatek nie może sobie z tym poradzić. Ciągle pamięta o niesamowitych opowieściach przodka, który wychowywał się w sierocińcu i walczył w trakcie II wojny światowej. Z pozoru typowa historia żyjącego w tamtych czasach Europejczyka zawiera jednak pewne niesamowite elementy- sierociniec prowadzony przez panią Peregrine był rzeczywiście schronieniem dla dzieci obdarzonych osobliwymi umiejętnościami, a na froncie dziadek Jacka zajmował się zwalczaniem potworów. Choć nastolatkowi ciężko uwierzyć w te historie, to chcąc odkryć prawdziwą przeszłość przodka postanawia odnaleźć panią Perergine. Zajęty poszukiwaniami chłopak nie wie jeszcze, że właśnie podjął się śmiertelnie niebezpiecznej wędrówki.

Muszę przyznać, że Burton wyłowił z fabuły książki większość tego, co najlepsze, tworząc spójny, bajkowy obraz. Oczywiście, w trakcie seansu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wydarzenia toczą się za szybko, ale tak to zazwyczaj jest w przypadku, gdy chcemy zmieścić kilkaset stron książki w dwugodzinnym obrazie. Niemniej, esencja prozy Riggsa pozostała, choć bez jednego, dla mnie całkiem istotnego szczegółu. Powieść była nieco bardziej mroczna, a nawiązań do wydarzeń z czasów drugiej wojny światowej było więcej niż u Burtona. Dzięki temu książkę Riggsa można było czytać na dwa sposoby – albo jako wciągającą przygodówkę z dreszczykiem, albo poważniejszą powieść stanowiącą metaforę koszmaru drugiej wojny światowej. Film z kolei to po prostu kawał dobrej, niekiedy nawet wzruszającej, historii przygodowej z pięknie przedstawionymi elementami fantastycznymi. Akcja płynie wartko i wciąga od samego początku, kadry cieszą oko a ogólny klimat produkcji sprawia, że chciałoby się zamienić z Jackiem choć na chwilę i przenieść do tego cudownego schronienia stworzonego przez panią Peregrine. Oczywiście, jest kilka scen (choćby z udziałem mającej kontrolę nad powietrzem Emmy), które nie do końca zostały przemyślane pod względem zachowania choćby pozorów logiki, to w natłoku zdarzeń bardzo łatwo przymknąć na to oko.

 

Teraz kilka słów o obsadzie aktorskiej. Fanom Burtona z pewnością jego filmy kojarzą się przede wszystkim z genialnymi kreacjami Heleny Bonham Carter. Chcę Was w tym momencie zapewnić, że jej brak w „Osobliwym domu pani Peregrine” nie będzie jakoś specjalnie odczuwalny. Eva Green w roli tytułowej opiekunki jest po prostu niesamowita. Patrząc na jej wygląd (który w zamierzeniu miał przywodzić na myśl ptaka, w jakiego może się zmieniać) nie można nie jęknąć z zachwytu. Jednak pod perfekcyjną wręcz fizjonomią opakowaną w idealnie skrojony kostium kryje się kawał charakternej kobiety. Z jednej strony twarda i nieustępliwa, z drugiej niezwykle roztrzepana i nieco szalona. Green udało się stworzyć z tego pełnego przeciwieństw charakteru postać spójną, którą po prostu przyjemnie się ogląda i z uwagą słucha.

Główny bohater, czyli Jack, (w tej roli Asa Butterfield) był nie do końca taki, jak sobie go wyobrażałam. Bardzo ciekawskiego, odrobinę niezdarnego i nieco zagubionego nastolatka można uznać za zbyt typowego, mi jednak jego charakter całkiem odpowiadał. W książce jednak zdecydowanie wyraźniej pokazane było to, że to Jack ściągnął na sierociniec kłopoty. W filmie wygląda to raczej na wyjątkowo nieszczęśliwy zbieg okoliczności, co z kolei może rzutować na odbiór samej postaci. Innymi słowy, literacki Jack był po prostu przez swoje postępowanie mniej sympatyczny.

 

Nie do końca mogę się ustosunkować do roli Samuela L. Jacksona. Nie ma co ukrywać, że gwiazda kina akcji pasuje do tego filmu jak pięść do nosa. I choć aktora tego uwielbiam i jak zwykle wypadł świetnie, to nic nie mogłam poradzić na to, że słuchając jego wypowiedzi przed oczami stawał mi major Marquis Warren albo Valentine. Rzecz jasna, każdy widz będzie miał swoje skojarzenia, ja jednak tylko czekałam aż grany przez niego Barron rzuci jakąś soczystą uwagę.

 

Osobliwy dom pani Peregrine” to pięknie zaserwowana, ciekawa przygoda, która sprawi, że dwugodzinny seans minie Wam błyskawicznie. Oczywiście, scenariuszowi można zarzucić zbytnią powtarzalność, w końcu takich „bohaterów znikąd” jak Jack kino widziało wielokrotnie. Jednak sposób, w jaki Burton podał ten bądź co bądź nieco wytarty schemat sprawi, że przewidywalność fabuły wcale nie będzie Wam przeszkadzać.


tytuł oryginalny: Miss Peregrine’s Home For Peculiar Children
tytuł polski: Osobliwy dom pani Perergine
reż. Tim Burton, 2016


 

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0