Natarcie, Marko Kloos

Seria „Frontlines” Marko Kloosa wydawana w Polsce przez Fabrykę Słów to kolejna wariacja w stylu „potężni obcy atakują Ziemię”. Temat tak klasyczny i stary jak sama science fiction, jednakże temu niezbyt doświadczonemu pisarzowi w jakiś sposób udało się stworzyć wizję różną od innych na tyle, aby czytało się jego książki bez tego przytłaczającego poczucia, że to wszystko już było.

Elementem, który różni całe „Frontlines” (w tym trzeci tom pod tytułem „Natarcie”) od innych książek tego typu jest balans, jaki autorowi udało się stworzyć pomiędzy czystą akcją a budową świata przedstawionego. Andrew Greyson, dobrze już przez nas znany główny bohater całego cyklu, równie dużo czasu poświęca na refleksje dotyczące problemów, z jakimi zmaga się przeludniona i stojąca na skraju wielkich zmian społecznych Ziemia, co na dywagacje o tym, czy w ogóle będzie na to czas w obliczu wojny z dużo silniejszym przeciwnikiem. Ten bardzo pesymistyczny i antyutopijny klimat doskonale komponuje się z widmem przegranej wojny o przeżycie.

 

Natarcie” zabierze nas na znajomy już kawałek skały i błota, jakim jest macierzysta planeta naszej cywilizacji. Grayson jako doświadczony wojak z niejednego pieca już chleb jadł, więc z pewną dozą fatalistycznego spokoju przyjmuje rozwój akcji, która wciąga go w swój bieg i nie wypuszcza. To kolejna z cech, które niezwykle mi się podobają w książkach Kloosa. Główny bohater nie jest jednoosobową armią, którą wysyła się po to, aby uratować świat™ gdy wisi nad nim zagłada™, najlepiej straszna i gwałtowna™. Grayson to tylko jeden z trybików, ani najważniejszy, ani niepozbawiony całkiem znaczenia, po prostu kolejny z żołnierzy i osobistych dramatów toczących się podczas końca świata.

Bo koniec świata zdecydowanie się zbliża. Dryblasy, nasi mało sympatyczni, dwudziestopięciometrowi kosmiczni agresorzy, dotarli do Układu Słonecznego, nie byle jakiego układu, tylko tego jedynego i najważniejszego. Kolebki ludzkości i miejsca gdzie Ziemia orbituje wokół Słońca, tak tego słońca przez duże „S”. Mars upadł. Flota Dryblasów wyskakująca z nadprzestrzeni niczym diabeł z pudełka zawisła nad powierzchnią czerwonej planety, przy okazji niszcząc największe zgrupowanie ludzkich sił kosmicznych i z wrodzonym sobie wdziękiem eksterminując całą populację największej i najstarszej ludzkiej kolonii w kosmosie. Oblężona Ziemia i niedobitki floty rozrzucone po systemach zewnętrznych w mało znaczących miejscach nie są najlepszym omenem spokojnej emerytury dla żadnego z zainteresowanych.

Jak to zwykle bywa, potężny kryzys w doskonały sposób wpływa na zdolności kooperacyjne skłóconych ziemskich państw. Niezwykły, amerykańsko-rosyjsko-chiński sojusz zawiązany w potrzebie chwili wysyła naszego dzielnego wojaka na kawałek lodu o nazwie Formalhaut B gdzie będzie przeprowadzona akcja odbicia planety z rąk Dryblasów. Ale to tylko początek i zgodnie z niepisaną tradycją, która mówi, że trzeci tom jakiejkolwiek space opery musi zabrać nas z powrotem na Ziemię, bohaterowie „Natarcia” tam w końcu wylądują.

Grayson, teraz już stary i doświadczony żołnierz, wszystkie te okoliczności okrasza swoimi przemyśleniami z pogranicza cynizmu i filozoficznego zrezygnowania. To zdecydowanie główna zaleta całego cyklu Kloosa. Próby budowania normalnego życia (na ile może ono być normalne w takich okolicznościach) tworzą ciekawą przeciwwagę dla zrzutów orbitalnych i uderzeń broni kinetycznej. I tutaj warto zauważyć, że autorowi dość dobrze udało się oddać ten generalny charakter służby wojskowej złożonej z długich miesięcy nudy przerywanych krótkimi momentami całkowitego terroru.

Nie byłbym jednak sobą gdybym nie znalazł rzeczy, które mnie irytowały i uważam je za słabsze elementy książki. Pierwsza i druga część cyklu nie dają dużo czasu do namysłu nad tym problemem, ale w „Natarciu” coraz bardziej zaczynamy się zastanawiać, jakim cudem społeczeństwo, w którym 90% osób nie robi właściwie nic, jest w stanie w jakikolwiek sposób funkcjonować. Ponadto, do Ziemi zbliża się apokalipsa w dosłownym znaczeniu tego słowa a tak naprawdę niewiele się dzieje w związku z tym. Czepiam się, ale w momencie walki o przetrwanie całego gatunku słaba ekonomia nie jest czymś, co przeszkadzałoby w produkcji sprzętu wojskowego.

I zarzut ostatni i największy- autor kilka razy raczy nas dość niespodziewanymi zwrotami akcji, jednakże jego największa niespodzianka… jest nieco zbyt przewidywalna. Zamiast efektu „wow”, dostajemy coś bardziej w stylu „Ha! Dobrze się domyślałem”. Z kolei nohaterowie poboczni nigdy nie byli największą zaletą serii, jednakże w trzecim tomie oprócz Graysona oraz chorążej Fallon równie dobrze można by ich przekleić z Standardowego Magazynu Postaci Pobocznych w niezmienionej formie i nikt nie zauważyłby różnicy. Można by i im poświęcić nieco więcej miejsca i uwagi.

Natarcie” nie cierpi może na przewlekłą odmianę choroby dalszych tomów, ale do „Poboru” mu jednak nieco brakuje. Mimo to, czytałem je z przyjemnością i zaciekawieniem, bo świat, który stworzył Kloos jest interesujący i jakże inny od typowych światów sci-fi, a zwroty akcji niespodziewane i dobrze przemyślane. Cały cykl z pewnością zasługuje na uznanie i wciąż polecam go z czystym sumieniem każdemu, kto chce od książki w tej tematyce nieco więcej niż efektownego strzelania laserami i bitew kosmicznych.

 


Facebook

Tytuł: Natarcie

Autor: Marko Kloos

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok wydania: 2017

Liczba stron: 400

 

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0