Mechaniczny, Ian Tregillis


W
dobie wszechobecnej elektroniki i rozrastającej się wirtualnej rzeczywistości, coraz częściej sięgamy wstecz, z pewną nostalgią zerkając na pozbawione procesorów maszyny, które ze wszystkimi swoimi przekładkami i trybikami stanowiły istne rzemieślnicze dzieło sztuki. Ku mojej uciesze, owa nostalgia nie omija też pisarzy fantastyki, którzy coraz chętniej sięgają po steampunk, racząc nas kolejnymi niesamowitymi książkami. W poczet tychże zaliczyć można cykl Iana Tregillisa „Wojny Alchemiczne”. Muszę przyznać, że mimo mojej miłości do tego gatunku pierwszy tom serii zatytułowany „Mechaniczny” trochę poczekał na swoją kolej na półce. Niedawno jednak nadrobiłam zaległości i w tym tekście podzielę się z wami moimi wrażeniami.

Holenderski uczony Christian Huygens dokonał w XVII wieku przełomowego odkrycia, którego owocem byli klakierzy, mechaniczni pomocnicy przywiązani do swoich ludzkich panów mocą geas. Dzięki armii bezwolnych klakierów Królestwo Niderlandów błyskawicznie podbiło niemalże całą Europę. Po prawie trzystu latach jedynie Francja trzyma się ostatkiem sił, a jej szpiedzy chcą pozbawić Niderlandy tego cudownego wynalazku. Spór między protestanckim imperium a katolicką Francją z każdym dniem rośnie, a wszystkiemu beznamiętnie przyglądają się ci, którzy są centrum tego konfliktu, czyli klakierzy. Pewnego dnia jeden z nich imieniem Jax jest tak przytłoczony swoim geas, że w jego pełnej trybików głowie rodzi się marzenie o wolności. Tylko jak związany posłuszeństwem niewolnik może przeciwstawić się swoim panom?

Pierwsze i przynajmniej dla mnie w tym wypadku najważniejsze, to świat przedstawiony. Wykorzystując dość oklepany w literaturze motyw o możliwościach powoływania „sztucznego życia” przez człowieka Tregillis stworzył niezwykłe, bardzo klimatyczne uniwersum. Autor wyciągnął ze steampunka wszystko co najlepsze. Maszyny-sługi i inne skomplikowane, ale logiczne wyjaśnione mechanizmy, przypominające szkice da Vinci budowle, przywodząca na myśl wiktoriańską Anglię społeczność i szczypta mistycyzmu tworzą obraz pełny i taki, w który od razu chcemy się zanurzyć. Nieco przydługim wprowadzeniem autor bardzo jasno przedstawił całą rzeczywistość, dzięki czemu bez trudu będziemy się po niej poruszać przez resztę lektury. A ta „wycieczka” deszczowymi ulicami wśród parujących kotłów i stukotu mosiądzowych kopyt z pewnością będzie dla was przyjemna.

Po tej dawce miodu pora na trochę goryczy. W “Mechanicznym” mamy trzy najważniejsze wątki fabularne odpowiadające poszczególnym bohaterom powieści i kilka wątków pobocznych. W swojej książce Tregillis starał się pokazać zakulisowe strony konfliktu między Nową Francją a Królestwem Niderlandzkim, przedstawiając bohaterów z wrogich sobie obozów, ale wplótł w to też bardzo mocny wątek klakiera, który pragnie być wolny. O ile losy maszyny i jej głębokie rozważania na temat własnej tożsamości całkowicie mnie pochłonęły, o tyle spór katolickiej Francji z protestanckim imperium właściwie mnie nie zainteresował. Choć w tej części powieści pozornie sporo się dzieje, to rzeczywistości konflikt ten nie posuwa się jakoś specjalnie na przód. Wynika to przede wszystkim z faktu, że co rusz pojawiają się nowe wątki, które wojnę skutecznie spychają na dalszy plan. I choć większość z nich całkiem mi odpowiadała to muszę przyznać, że spodziewałam się, że autor więcej uwagi poświęci jednak konfliktowi i całej militarnej otoczce jemu towarzyszącej.

Podobnie jak fabuła, tak i sami bohaterowie mają swoje lepsze i gorsze oblicza. W “Mechanicznym” mamy do czynienia z całą galerią postaci pobocznych, dlatego skupię się tylko na głównych bohaterach. Klakier Jax niemal cały czas wzbudzał u mnie żywe zainteresowanie. Jego wędrówka w poszukiwaniu własnej tożsamości jest pełna głębszych refleksji, a sam charakter wzbudził u mnie mieszaninę ogromnej sympatii ze sporą dozą litości. Co więcej, w jego problemach odbijają się jak w lustrze wszystkie wady i zalety wykreowane przez autora świata, dlatego moim zdaniem bez tej postaci uniwersum “Wojen Alchemicznych” wiele by na początku straciło.

Francuzka Berenice z kolei odstraszała mnie swoim stylem bycia i wulgarnością. Rzecz jasna, w tym przypadku negatywne emocje z nią związane również można potraktować jak zaletę. Stosunkowo łatwo jest bowiem stworzyć postać lubianą, ale trudniej taką, która będzie wzbudzać niechęć na znośnym dla czytelnika poziomie. Pastor Visser natomiast… Cóż, wystarczy, jeśli napiszę, że takich duchownych na kartach książek było aż nadto. Niemniej, w pewnym momencie autorowi udało się nieco podratować tę postać, ale wynika to raczej z postawienia pastora w dość nietypowej sytuacji, aniżeli samego jego charakteru.

Ciężko mi się jednoznacznie ustosunkować do języka “Mechanicznego”. Z jednej strony fachowe słownictwo wprawiło mnie w zachwyt, z drugiej przesadna wulgarność często odstraszała. O ile spokojne opisy przeżyć i rozważań głównych bohaterów były interesujące oraz całkiem dobrze skonstruowane, o tyle w przedstawieniach akcji pojawiał się już chaos. Ogólnie jednak książkę czyta się dosyć dobrze, choć mogłoby być znacznie lepiej.

Jak wynika z tej recenzji, “Mechaniczny” wzbudził u mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony mamy wciągający świat, z drugiej średnio poprowadzony wątek konfliktu, który zazwyczaj w takich książkach stanowi ten mocniejszy aspekt. Na szczęście, jest też dosyć solidny wątek zniewolonych klakierów i kilka pobocznych, smakowitych motywów, które w sporym stopniu angażują naszą uwagę. Powieść czyta się szybko, choć nie raz potykałam się o przekleństwa, które nijak mi do tego świata nie pasowały. Przy zetknięciu z większością bohaterów miałam wrażenie, że są tylko kalką dobrze znanych charakterów, ale trafiło się też kilka “perełek”. Wszystko to po zsumowaniu sprawia, że “Mechaniczny” dostaje u mnie średnią ocenę, choć nie wykluczam, że do “Wojen Alchemicznych” w przyszłości powrócę.

Tytuł: Wojny Alchemiczne t. 1 Mechaniczny
Autor: Ian Tregillis
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 480

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0