Logan

Recenzja z pewnością dosyć spoilerowa. :)

 

Zacząć wypada od tego, że filmowi X-Meni nigdy nie wdarli się na moją listę przebojów i zapewne gdyby nie Rosomak właśnie, to dosyć szybko zarzuciłabym oglądanie kolejnych części serii. Owszem, dobrze się to oglądało (jak większość produkcji o superbohaterach), ale tylko tyle.Cały złożony świat mutantów został okrojony do grupy podobnych do siebie bohaterów,  którzy mimo zmian w reżyserii jakoś specjalnie przez te lata nie ewoluowali. Dlatego „Logan”wzbudzał u mnie wielkie nadzieje – kategoria „R” gwarantowała opuszczenie ugrzecznionego świata dotychczasowych filmów komiksowych, a sam Rosomak jest moim zdaniem najlepszym, co Fox z mutantami zrobił. Co z tego wyszło?

 

Napisać, że kategoria „R” zrobiła robotę, to mało. W porównaniu z „Loganem” X-meni to bajka  dla dzieci. I nie chodzi mi tutaj tylko o to, że film wprost ocieka krwią, a X-23 to chyba najbardziej mordercze dziecko, jakie widziało kino. „R” pozwolił przede wszystkim na zerwanie się z bezpiecznych i opłacalnych łańcuchów łagodności,  James Mangold wyprowadził tym filmem mutantów poza krąg kolorowych i widowiskowych blockbusterów, ukazując ich prawdziwe oblicze, które dotąd mieliśmy okazję poznać jedynie w komiksach.

Nie uświadczycie tu kolejnych epickich starć  z arcyłotrami, nie będzie widowiskowych wybuchów ani wymyślnej maszynerii.„Logan” nie jest kolejnym kasowym hitem, w którym postacie tylko zmierzają od punktu A i B, rozwalając czaszki kolejnym wrogom w rytmie epickiej muzyki. Owszem, trup ściele się gęsto i bardzo krwawo, ale pomiędzy walką jest też  dostatecznie dużo czasu na pokazanie bohaterów i złożonych relacji pomiędzy nimi. To właśnie bohaterowie są w tym filmie najistotniejsi i nie mam tu na myśli jedynie Jamesa, ale i jego towarzyszy. „Logan” to bowiem niezwykłe studium homo superior, którzy zdają się gasnąć wraz ze zmierzchem starego świata.

 

W tym niezwykłym filmowym pożegnaniu brak jest jednak górnolotności. To co najważniejsze, kryje się w tle głównych wydarzeń, spojrzeniach, drobnych gestach i krótkich, pozornie niewiele znaczących dialogach. Magia i cały ciężar tej historii tkwi w dopracowanych do perfekcji kadrach i niedopowiedzeniach. I tak jak zawsze daleka byłam od nazywania kina komiksowego ambitnym, tak tutaj to słowo pasuje.  Nie podając nam wszystkiego na tacy Mangold potrafi poruszyć widza do głębi i to nie w sposób przyjemny. Bo tak jak mówił w 1953 roku Shane „there’s no living with a killing”, a każdy bohater sam siebie skazuje na potępienie i życie pod ciężarem decyzji podjętych w imię „wyższego dobra”.

 

Przejdźmy teraz do konkretnych postaci. 

Zmęczony życiem i uginający się pod ciężarem własnej natury Wolverine jest wreszcie taki, jaki być powinien – nieprzewidywalny, zły pośród dobrych, nieznoszący ludzi alkoholik. Hugh Jackman, który zawsze starał się jak mógł, by jego postać miała jak najwięcej charakteru, w końcu mógł rozwinąć skrzydła. Stary i zgorzkniały Logan ma w sobie  niewiele z tego, do czego przyzwyczaili nas tego typu bohaterowie, co czyni go jeszcze bardziej ludzkim. Jego słabość i wewnętrzna walka wywołują współczucie, a podły charakter niekiedy złość. Mimo to będę za nim cholernie tęsknić.

 

Całkowicie zniedołężniały Profesor również jest zupełnym przeciwieństwem tego, do czego przyzwyczaiły nas poprzednie filmy. Obserwowanie jego stopniowego oddalania się od rzeczywistości nie należy do najprzyjemniejszych, a ogarniająca go słabość nad wyraz realistyczna. Potężny ale starczy umysł coraz trudniej jest okiełznać, a uginające się pod ciężarem wieku ciało kompletnie odmawia posłuszeństwa.  Kreacja Xaviera jest o tyle istotna, że dotychczas kino nie przyzwyczaiło nas do tego, że tacy bohaterowie się starzeją. Owszem, dożywali sędziwego wieku ale wiek tak bardzo nie odciskał na nich swojego piętna. Tymczasem Xaviera dopadło przemijanie w jak najbardziej ludzki wymiarze.

 

Z kolei zmizerniały, wystraszony i wiecznie narzekający Caliban jest bliższy swoim początkowym komiksowym kreacjom, wzbudzając  przede wszystkim litość. Patrząc na niego można się zastanawiać, co tak naprawdę stało się w kinowym świecie X-Menów, że Caliban wylądował u boku Logana, a  o innych mutantach nie słychać. Niestety, w tym przypadku Fox zostawił sobie otwartą furtkę.

 

And the last but not least, czyli Laura. Następczyni Rosomaka jest postacią, która rozbudziła w moim sercu ogromną nadzieję na porządne zmiany w świecie mutantów.  Komiksowa X-23 słynęła ze swojej brutalności i dosłowności, a wyniesionych z tresury w laboratorium zachowań nie udało się wykorzenić. Młoda Dafnee Keen doskonale oddała zdziczenie i socjopatyczny charakter Laury , dlatego bardzo podoba mi się sposób, w jaki wprowadzono tą bohaterkę do kinowego świata X-menów. Pozostało mi tylko liczyć na to, że nikt jej w przyszłości nie zepsuje.

 

Podsumowując, „Logan” to nie tylko koniec, na jaki Wolverine w pełni zasługiwał. To też doskonałe zakończenie ery starych „X-Menów”, które daje nadzieje na coraz lepsze filmy. Oczywiście, wciąż istnieje spore ryzyko, że łasa na pieniądze wytwórnia  po „Loganie” wypuści kolejne bezpieczne produkcje w kategorii „PG-13”, żeby opchnąć rzeszy nastolatków drogie gadżety. Wtedy pozostanie nam tylko mieć nadzieję, że ludzie od Foxa doszczętnie nie oszaleją i nie postanowią wskrzesić Weapon X.

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0