Königsberg, Michał Gołkowski

Jestem ogromną fanką klimatu retro w literaturze. Kryminały Marcina Wrońskiego czy Marka Krajewskiego pochłaniam z niezmienną radością i ciągle poszukuje nowych pozycji. Dlatego niezmiernie ucieszyłam się, gdy w trzeciej części “Stalowych Szczurów” Michał Gołkowski zechciał pokazać nam Królewiec z początku XIX wieku. Niestety, mój zapał szybko ostygł.

 

Zacznijmy jednak od fabuły. W “Königsbergu” Michała Gołkowskiego poznajemy Teodora Grossmanna, niemieckiego bohatera frontu zachodniego. Odznaczony Krzyżem Żelaznym żołnierz wypoczywa w Królewcu, ciesząc się towarzystwem starego przyjaciela i pięknych dam. Okazuje się jednak, że pod maską nieco wycofanego weterana kryje się zupełnie ktoś inny – Fiodor Grigoriewicz Wielikow, carski agent, którego rzeczywistym celem jest odnalezienie najpotężniejszej niemieckiej broni Wunderwaffe. Broń ta może całkowicie odmienić oblicze Wielkiej Wojny, dlatego interesują się nią też inni agenci. Zaczyna się niebezpieczna gra pomiędzy szpiegami, Grossmann stąpa po coraz cieńszym lodzie, a dwa zegarki nieubłaganie odliczają kończący mu się czas….

Po takim opisie nie sposób jest nie mieć apetytu na tą pozycję. Niestety, historia przedstawiona w książce w gruncie rzeczy nie wciąga aż tak bardzo, jak to obiecuje tekst okładkowy.  “Königsberg” jest niemal w całości zbudowany na schematach. Bez trudu domyślicie się dalszych wydarzeń i nawet wprowadzane przez autora “zwroty akcji” nie będą dla was zaskoczeniem. Owszem, historia jest skonstruowana dobrze (a nawet bardzo dobrze), ale zastosowane w niej rozwiązania są już zbyt wyeksploatowane, żeby w formie książki były zjadliwe.

Momentami miała już dosyć tego stopniowego odkrywania przez autora kolejnych kart, bo i bez tego wiedziałam, jak to się potoczy. Towarzysząca mi na każdym kroku przewidywalność była po prostu denerwująca, przez co lektura bardzo się dłużyła. Na szczęście, zakończenie przyniosło mi pewną czytelniczą satysfakcję, trafiło się też kilka całkiem miłych wątków pobocznych, świetnie obrazujących codzienne życie bohaterów. Niestety, nie zatarło to moich ogólnych negatywnych wrażeń wywołanych główną osią fabularną, która zwyczajnie mnie nudziła.

Co gorsza, również bohaterowie nie robili na mnie specjalnego wrażenia. Tak jak poprzednio skupiona wokół Reinhardta ferajna była całkiem interesująca, tak tutaj mamy po prostu dużą galerię znanych już popkulturze osobowości. Grossmann to taki trochę “agent jego carskiej mości” i mimo usilnych starań  (m.in. w postaci flashback’ów i krótkich momentów refleksji Wielikowa) autorowi  nie udało się dość dobrze ukazać jego wewnętrznej walki. Teodor to przede wszystkim szpieg, do bólu typowy tajemniczy twardziel, który z gracją wyślizguje się z rąk kolejnych wrogów. Trochę liczyłam na żeńskie bohaterki “Königsberga”, jednak i tu czekał mnie zawód. Choć pozornie Jennifer i Erika to dwie zupełnie różne kobiety, to szybko okazuje się, że mają za sobą zbyt wiele wspólnego i autor umieścił je w książce właściwie  z tego samego powodu.

Na szczęście, mamy też świat przedstawiony. Królewiec Michała Gołkowskiego po prostu zachwyca, kipiąc szczegółami i niezwykłym klimatem. Mamy tu pełne przepychu miasto, gdzie bogaci przemysłowcy chodzą na wystawne bale w asyście ówczesnych gwiazd estrady, wysłuchując pasjonujących opowieści weteranów fronty. Za kolorowymi kotarami kryją się jednak demony Wielkiej Wojny, cierpienia rodzin poległych i osobiste dramaty  tych, którzy z frontu wrócili kalecy fizycznie i psychicznie. Suto zastawione stoły słabo kamuflują gospodarcze problemy kraju, a na radosne okrzyki i głośny śmiech składają fałszywe nuty. Chwilami odnosiłam wrażenie, że życie elit Królewca jest desperackim ostatnim oddechem w udawanej rzeczywistości bez Wielkiej Wojny. Za takie przedstawienie autor ma u mnie ogromny plus.

I na samym końcu język. Co zawsze mi się u Gołkowskiego podobało to fakt, że bardzo dobrze operuje słowem, dostosowując język do tematyki książki. Czy to Zona, czy postapokaliptyczny świat, czy dawny Królewiec – za każdym razem styl narracji dobrze oddaje to, o czym jest powieść. “Königsberg” jest po prostu kolejnym przykładem na to, że warsztat literacki Gołkowskiego jest nie tylko dobrze rozwinięty, ale też bardzo elastyczny i czytając jego książki mam wrażenie, że udźwignąłby pod tym względem każdą tematykę.

Zasiadając do tej recenzji miałam w głowie jedną myśl – wszystko, co zostało przedstawione w “Königsbergu” o wiele lepiej by się oglądało, niż czytało. Fabuła jest po prostu do bólu sztampowa, bohaterowie nieznośnie znajomi i moja chęć rzucenia książki w kąt była hamowana tylko przez ciekawy świat. Może gdyby jeszcze powieść była trochę krótsza, to jej powtarzalność tak bardzo nie rzucałaby się w oczy, jednak przy pięciuset stronach “Königsberg” nieznośnie się dłużył. I mimo tego, że Królewiec absolutnie podbił moje serce, to trzeci tom “Stalowych Szczurów” polecić mogę tylko fanom Gołkowskiego, a z pewnością odradzić tym, którzy dopiero zaczynają przygodę z jego prozą.

 

Tytuł: Stalowe Szczury: Königsberg

Autor: Michał Gołkowski

Wydawnictwo:Fabryka Słów

Rok: 2016

Liczba stron: 624
(nasza strona na Facebooku)

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0