Jak (być może) zginie ludzkość, Część I

Jak (być może) zginie ludzkość, Część I

Czyli bomby, zombie i spółka.

Choć postapokalipsa nie jest tak młodym gatunkiem jak mogłoby się wydawać (jej korzenie sięgają wieku XIX), to w ostatnich kilkunastu latach wyraźnie

Choć postapokalipsa nie jest tak młodym gatunkiem jak mogłoby się wydawać (jej korzenie sięgają wieku XIX), to w ostatnich kilkunastu latach wyraźnie zyskała na popularności. Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie nie trzeba szukać daleko – wtłoczeni w coraz to ciaśniejsze ramy społeczne ludzie są już zmęczeni pędzącą na łeb na szyję cywilizacją. I nawet nie chodzi o to, że przynajmniej raz w miesiącu większość z nas chciałaby „rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady”.

Są takie dni, kiedy wykładowca na uczelni czy szef w pracy zajdą za skórę tak bardzo, że ma się ochotę wszystko rozwalić. Najlepiej na milion małych kawałków. Tak, moi drodzy, jesteśmy coraz bardziej sfrustrowani, a wszelkie postapokaliptyczne twory popkultury są doskonałym sposobem na relaks. Jasne, wysyp różnorakich dzieł o końcu świata to też objaw pewnych społecznych lęków jednak nie ma co ukrywać – gdyby nie sprawiałoby nam frajdy burzenie światów, to omijalibyśmy takie ten temat szerokim łukiem. W tym cyklu postaram się wam przybliżyć te znane i mniej znane twarze postapokalipsy, zaczynając od literatury.

Ten duży, czerwony guzik, którego nie można dotykać

Musicie przyznać, że zagłada nuklearna daje bowiem właściwie nieograniczone możliwości kreacji świata „po”. Żadne naukowe wyliczenia nie są w stanie jednoznacznie odpowiedzieć nam pytanie, jak wielkie i długotrwałe zmiany przyniesie wojna atomowa, dlatego też temat jej następstw jest dla fantastów wciąż niewyczerpanym źródłem inspiracji. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że większość współczesnej literatury postapo właśnie wokół bomb atomowych się kręci.

O wojnie atomowej pisano na długo przed tym, zanim nastała era „Metra” ( o którym pisać z powodu ogromnej popularności nie będę). Wydany w 1957 roku „Ostatni brzeg” Nevilla Shute’a to lektura obowiązkowa dla miłośników gatunku. Dwukrotnie przeniesiona na szklane ekrany powieść jest swoistym artystycznym pokłosiem zimnej wojny.

Akcja „Ostatniego brzegu” toczy się od końca 1962 do połowy 1963 roku, niedługo po zakończeniu wojny nuklearnej. Australia okazuje się jednym z nielicznych krajów, który póki co nie odczuł skutków zgubnego promieniowania. Jej mieszkańcy próbują wieść normalne życie, z nadzieją jednak wypatrując dobrych wieści z innych państw. Dlatego ekipa okrętu podwodnego „Skorpion” przygotowuje się do dalekiego rejsu w kierunku Stanów Zjednoczonych. Akcję „Ostatniego brzegu” śledzimy więc z dwóch perspektyw.

W pierwszej przyjdzie nam towarzyszyć codziennemu życiu Australijczyków, którzy wciąż otrzymują tylko strzępy informacji na temat wojny i żyją nadzieją, że jej konsekwencje nie są aż tak dotkliwe, jak wynika to ze sprzecznych raportów. W opozycji do tej udawanej sielanki stoją kolejne odkrycia załogi „Skorpiona”, która kawałek po kawałku, odkrywa przed czytelnikiem straszliwą prawdę – przed zagładą nie ma ucieczki. To właśnie nieuchronność końca i towarzysząca temu bezsilność jest tym, co w „Ostatnim brzegu” uderzyło mnie najbardziej, a tym samym rozpoczęło moje zainteresowanie literaturą spod znaku postapokalipsy.

Dwa lata później ukazał się kolejny klasyk fantastyki spod sztandaru atomowej postapokalipsy. „Kantyczka dla Leibowitza” Waltera Michaela Millera to dosyć ponure studium człowieczeństwa i nie ma w tym nic dziwnego – jej autor miał osiemnaście lat, gdy rozpoczął się koszmar II wojny światowej i bacznie obserwował rozwój morderczej technologii, a także tragiczne skutki jej użycia. W swojej powieści Miller skupił się na pokazaniu tego, jak po atomowej zagładzie ludzie próbują odbudować dawną cywilizację.

Kantyczka dla Leibowitza” podzielona jest na trzy części, które obrazują najważniejsze etapy w jej rozwoju, od wychodzenia z ciemnego zacofania, przez złotą erę rozkwitu, aż do osiągnięcia wydałoby się najwyższego poziomu rozwoju. Jednak jak to w przypadku rozwoju wielkich cywilizacji bywa historia zatacza krąg a po wiekach dbania o wspólne dobro ludzkość nie pamięta już o koszmarze upadku i znów zmierza ku zagładzie… „Kantyczka dla Leibowitza” nie pozostawia nam więc złudzeń, ale nie po to, by czytelnika zszokować. Wręcz przeciwnie, Miller próbuje nas ostrzec i zmusić do zastanowienia nad tym, gdzie kończy się granica nauki, a gdzie zaczyna droga do zagłady. I po tylu latach jego ostrzeżenia są wciąż aktualne.

Z kolei na naszym rodzimym podwórku w 1985 roku ukazała się „Głowa Kasandry” Marka Baranieckiego. Pełna nieoczywistości nowela, której akcja toczy się w opustoszałym i nieprzyjaznym świecie, gdzie niedobitki ludzkości starają się jako tako funkcjonować. Główny bohater tego dzieła, Teodor Hornic, na co dzień zajmuje się unieszkodliwianiem pozostałych głowic atomowych, a tytułowa Głowa Kasandry jest zgodnie z opowieściami tą największą i najgorszą z nich. Jak na upartego mężczyznę z poczuciem misji Hornic dociera w końcu do miejsca jej przechowywania, ale to, co odkrywa, przerasta zarówno jego, jak i czytelnika. Nie wdając się w szczegóły napisać wypada jedynie, że Baraniecki doskonale przedstawił jedne z najtrudniejszych ludzkich dylematów.

W tej części nie mogę nie wspomnieć też o „Samotności Anioła Zagłady” Roberta J. Szmidta, która wkrótce (ku mojej ogromnej uciesze) doczekać ma się kontynuacji. W tej książce poznajemy Adama (a jakże!) Sawyera, jednego z tych typków od złych czerwonych guzików. Adam jest też wybrańcem, który po wojnie atomowej ma wraz z innymi jemu podobnymi wyjątkowymi jednostkami odbudować cywilizację. Niestety, jak to się często zdarza, nie wszystko poszło zgodnie z planem i Adam zostaje w zniszczonej Ameryce zupełnie sam. I to tytułowa samotność jest tym, co w tej powieści uderza najbardziej. Trzeba podkreślić, że Szmidt z niezwykłą dbałością odmalowuje przed nami ogromną tragedię, jakiej doświadczył Adam. Sam w zniszczonym świecie, z ogromnym poczuciem winy, kompletnie przerażony, na granicy obłędu… Tego wszystkiego właściwie nie trzeba tutaj opisywać, tylko w oryginalnym wydaniu poznać.

 

Móóózg!

Jako, że dziecięciem będąc miałam te wątpliwe szczęście oglądać bądź co bądź niesamowite dzieła Georga Romero, zombie darzę jakimś dziwnym sentymentem. I choć wedle wszelkich prawideł żywe trupy podpiąć należy pod dział „zmutowane wirusy i broń biologiczna” to ogrom książek o nich traktujących nakazuje wręcz wydzielić je w odrębną grupę. Ponadto, nie ma co ukrywać, że popkulturowe twory wykorzystujące zombie do niszczenia świata nie należą do dzieł ambitnych, które powalają siłą przekazu. Choć zdarzają się i wyjątki od tej reguły.

Przykłady? Chociażby trylogia o wiele mówiącym tytule „Przegląd Końca Świata” autorstwa Miry Grant. Dwadzieścia lat po wybuchu epidemii, która zmieniła większość ludzi w krwiożercze, bezmyślne bestie, grupa rezolutnych nastolatków spędza całe dnie na relacjonowaniu w Sieci istotnych wydarzeń i przemian. Ich misja jest szalenie istotna – dla rozproszonych, małych ludzkich społeczności blog prowadzony przez Georgię, Shauna i Buffy jest niejednokrotnie jedynym pewnym źródłem informacji o toczących się zmianach i zbliżających zagrożeniach. A jak się pewnie domyślacie, praca dziennikarza w świecie opanowanym przez zombie do najłatwiejszych nie należy. Jednak „Przegląd Końca Świata” zaskarbił sobie moje uznanie nie tylko ze względu na ciekawe podejście do tematu (kto w końcu pisał wcześniej artykuły o atakach zombie?), ale również z powodu świetnie wytłumaczonej genezy powstania zombie.

O młodych bohaterach w świecie opanowanym przez żywe trupy traktuje też „Wróg” Charliego Higsona, która to książka ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu, przeszła bez większego echa. Tajemniczy kataklizm sprawił, że każdy człowiek, który przekroczył czternastą wiosnę życia, zamienił się w głodnego ludzkiego mięsa potwora. „Wróg” pozwala nam bliżej przyjrzeć się żyjącej w Londynie dziecięcej społeczności, z całych sił starającej się przetrwać kataklizm. Z różnymi efektami, rzecz jasna, bo Higson spiętrza przed bohaterami kolejne przeszkody. I choć „Wróg” nie zachwyca dbałością o detale czy realistycznie oddanymi charakterami, to jego tematyka może wielu czytelników zainteresować.

And the last but not least, czyli „Komórka” Stephena Kinga. Powieść traktująca o świecie, w którym za sprawą tajemniczego impulsu ludziom dosłownie odbija. Stają się bezmyślni, agresywni i okrutni, niszcząc i mordując wszystko to, co na swojej drodze spotkają, zwłaszcza zdrowych, nie mających styczności z impulsem ludzi. Wiem, że „Komórka” jest uznawana za jedną ze słabszych książek Kinga, ja jednak tą historię bardzo polubiłam. Może nie trzyma w takim napięciu jak innego jego dzieła, może brakuje w niej tej ciągłej atmosfery grozy, ale zarówno fabuła jak i bohaterowie książki są skrojeni na miarę innych książek króla. Poza tym, komórkowe zombie doskonale wpasowują się w smartfonową erę, prawda?I

I tak o to dobrnęliśmy do końca części pierwszej naszego zestawienia sposobów na uśmiercenie ludzkości. O kolejnych metodach przeczytacie wkrótce, a tymczasem łapcie krótką listę książek, które o wojnie atomowej i epidemii zombie traktują a wyżej ich nie wymieniłam:

Zagłada nuklearna:

  1. Apokalipsa według Pana Jana, Robert J. Szmidt
  2. Deus Irae, Philip K. Dick i Roger Zelazny
  3. Doktor Bluthgeld, Philip K. Dick
  4. Dziki Brzeg, Kim Stanlet Robinson
  5. Kompleks 7215, Bartek Biedrzycki
  6. Listonosz, David Brin
  7. Łabędzi śpiew, Robert McCammon
  8. Silos, Hugh Howey
  9. Siwobrody, Brian W. Aldiss
  10. Świt 2250, Andre Norton

Zombie:

  1. Ciepłe ciała, Isaac Marion
  2. Cykl Apokalipsa Z, Manel Loureiro
  3. Infekcja. Exodus, Andrzej Wardziak
  4. Szczury Wrocławia, Robert J. Szmidt
  5. Trylogia Zmierzch świata żywych, Rhiannon Frater
  6. World War Z, Max Brooks
  7. Zombie survival, Max Brooks

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0