Czarne Południe, Paweł Kornew

Napisanie dobrego, rozbudowanego cyklu powieściowego jest nie lada sztuką, bo my, czytelnicy, po prostu lubimy jak coś się dzieje i zmienia. Doskonale

Napisanie dobrego, rozbudowanego cyklu powieściowego jest nie lada sztuką, bo my, czytelnicy, po prostu lubimy jak coś się dzieje i zmienia. Doskonale rozegrali to chociażby J. K. Rowling i Orson Scott Card, których bohaterowie dojrzewali do zastanej przez nich sytuacji, przez co się nam nie znudzili. Z kolei w przypadku „Władcy Pierścieni” J.R.R. Tolkiena, czy „Gry o tron” George’a R.R. Martina o sukcesie zadecydowały rozbudowane i szalenie złożone światy, w których można było upchać wiele powiązanych ze sobą wątków.

Odwołuję się tu rzecz jasna do pozycji znanych większości, ale w przypadku innych cykli fantastycznych sprawy wyglądają podobnie. Oczywiście, zawsze można z tej sytuacji wybrnąć, nie trzymając się prowadzenia fabuły ciągiem, tylko na przykład serwując czytelnikom zbiory opowiadań osadzone w danym uniwersum i z jednym bohaterem głównym (patrz: Cykl Inkwizytorski czy zbiory poświęcone Jakubowi Wędrowyczowi). Paweł Kornew natomiast porwał się na rzecz ryzykowną – cykl o Przygraniczu opowiada jedną, bardzo długą historię, rozgrywa się w bądź co bądź małym świecie, a do tego jego główny bohater się nie zmienia. Jak mogę podsumować tą serię, będąc tuż po lekturze „Czarnego Południa”, pierwotnie kończącego przygody Sopla?

 

Na początku książki Sopel nie jest nawet o krok bliżej do rozwiązania swoich problemów. Wręcz przeciwnie, łączące go z różnymi podejrzanymi typami więzy zaczynają coraz ciaśniej zaciskać się wokół jego szyi… Ścinający krew w żyłach artefakt ściąga na niego uwagę każdej szychy Przygranicza, a jakby tego było mało w krainie aż wrze od wewnętrznych konfliktów. W skrócie pisząc, facet dalej nie ma łatwego życia (jeśli miał takowe w ogóle), a przyszłość przed nim roztacza się w ponurych barwach…

Najpierw muszę was ostrzec, że nie macie co tutaj liczyć na jakieś ogromne zaskoczenia i zwroty akcji. Sopel dalej jest tylko pionkiem w wielkiej grze, którego jakiekolwiek samodzielne ruchy okazują się w rzeczywistości starannie zaplanowaną strategią tych u góry. Dlatego przechodzi z rąk jednej organizacji do drugiej, chowa się przed zabijakami innej, a na boku stara się układać z kolejną. W tak zwanym międzyczasie bohaterowie spędzają długie godziny nad rozgrzewającymi umysł i ciało trunkami, czy też pałaszując wątpliwej jakości pierogi. Czyli właściwie jest tak, jak w tomach poprzednich, fabuła kręci się wokół intryg i walk o wpływy, a klimatu dodają fragmenty przedstawiające codzienne życie mieszkańców Przygranicza.

Intrygi są od początku do końca przyzwoicie poprowadzone, co rekompensuje nieco brak przysłowiowego efektu „wow’ przy zakończeniu, które swoją drogą pozwala Soplowi powrócić z nieco innymi przygodami (co złe nie jest i o ile pamięć mnie nie myli, to tak właśnie będzie). Brak tego szalenie zaskakującego grande finale wzbudza u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony liczyłam na więcej, z drugiej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie to „więcej” jakoś by do koncepcji Przygranicza nie pasowało i wypadłoby po prostu nienaturalnie.

Tym, co trzyma nas w Przygraniczu najbardziej, jest Sopel. Właściwie niewiele się zmienił – tak samo irytujący jak do tej pory, nierozgarnięty, a przy tym bardzo przekonany o swojej wartości mężczyzna ma w sobie to „coś”, co sprawia, że chce się jego historię dokończyć. Zwłaszcza, że to właśnie on jest narratorem powieści i nie szczędzi nam błyskotliwych anegdot oraz refleksji, które czynią tą opowieść bardziej interesującą. Niekiedy męczący, ale jednak „swój” i w sumie to ma gadane, dlatego wysłuchamy go do końca. Zupełnie jak tego kolegi, który to zawsze ma jakieś dziwne przygody i przy każdym możliwym wspólnym wypadzie o nich opowiada (ale tak tradycyjnie, bez selfików i snapów, tylko z kuflem piwa w łapie). Poza tym, jak tu jemu nie kibicować? W końcu sam nie w tą kabałę nie pchał, tylko to kłopoty same znalazły jego. A że ani na jego głowę ani tym bardziej skromne umiejętności takie kłopoty… Szkoda chłopaka, tak po ludzku.

Podsumowując tą dość krótką recenzję warto odpowiedzieć na postawione we wstępie pytanie.
Cykl o Przygraniczu ma swój nieodparty urok i choć efekt „wow” trochę maleje z każdym tomem, kiedy to właściwie znamy ten mroźny świat jak własną kieszeń, to nie jest to jakąś dużą przeszkodą. Poświęcając trochę miejsca codziennemu życiu mieszkańców tej krainy Kornew stworzył w gruncie rzeczy bardzo „swojskie” uniwersum, którego „magiczność” nie jest jakoś bardzo odczuwalna. Więc mimo tego, że nie jest to świat mocno rozbudowany, to właśnie szybkie go poznanie sprawia, że czujemy się w nim dobrze. Dodajmy do tego ciekawie zarysowane i naturalne postacie, niewydumaną, ale wciągającą historię a po prostu przyzwoity cykl, który dobrze się czyta i równie dobrze wspomina.

 

Tytuł: Czarne Południe

Autor: Paweł Kornew

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Data wydania: 2018 (Wznowienie)

Liczba stron: 400

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0