Cesarz Ośmiu Wysp, Lian Hearn

Cesarz Ośmiu Wysp” to książka pełna sprzeczności, a mój stosunek do niej zmieniał się jak w kalejdoskopie. Od lekkiego zainteresowania, poprzez irytację i zdziwienie aż do znudzenia i zdumienia. Pani Lian Hearn (czy jak kto woli Gilian Rubstein bo tak naprawdę się nazywa ta pisarka) popełniła coś, co jest idealnym przykładem książki z ciekawą i zajmującą historią przedstawianą w sposób, który odziera ją z tego, co powinno być jej największymi atutami.

Tłem i głównym motorem napędowym dla tej historii jest konflikt Kakizukich i Miboshich, dwóch potężnych japońskich rodów, które starły się w walce o Lotosowy Tron. Wszyscy nasi bohaterowie w jakiś sposób muszą poradzić sobie z konsekwencjami tego ludzkiego pędu do władzy. Kazumaru , osierocony przez ojca po tym jak ten płaci życiem za przegraną partię z demonicznymi tengu, musi radzić sobie z własnym wujem.

Sakuzaku, bo tak ma na imię jego wuj, jest zdecydowanie zbyt łasy na majątek bratanka, by spokojnie odsunąć się od władzy gdy ten osiągnie odpowiedni wiek. Zdobycie magicznych mocy i Maski Jelenia, od której wzięło się jego nowe imię Shikanoko, dodaje mu także nowego wroga, cesarskiego stryja, mnicha i maga ze światyni Ryosunji. Yoshimori i Akihime, młody i prawowity cesarz Ośmiu Wysp oraz Jesienna Ksieżniczka Akihime muszą uciekać przez siepaczami Miboshich za jedyną opiekunkę mając magiczną lutnię, symbol cesarskiej władzy. Śledzimy także mocno poplątane losy braci Masachiki i Kiyoyoriego, z których jeden z ginie w obronie wartości które wyznaje, drugi zaś zmienia strony konfliktu niczym chorągiew na wietrze.

Karty opowieści wypełnia także cała czereda postaci pierwszo- i drugoplanowych w bardzo zagmatwanej sieci wzajemnych powiązań. Szkoda tylko, że wszystkie te postacie są tak bezduszne i papierowe, że czasami aż boli. Nawet główny bohater Shikanoko nie jest kimś do kogo się przywiązałem lub polubiłem. Przez większość czasu nie wiemy co tak naprawdę kieruje bohaterami a motywy, którymi pisarka tłumaczy ich zachowanie są co najmniej dyskusyjne. Na początku lektury uznawałem to za część klimatu, jaki stara się stworzyć autorka w połączeniu z odmiennością wyznawanych przez bohaterów wartości i zasad, które w średniowiecznym przepełnionym magią świecie muszą różnić się od tych, do których przywykliśmy. Niestety, nawet te wymówki nie zawsze wystarczają. Paradoksalnie bardziej wiarygodnymi i lepiej się prezentującymi są bohaterowie drugoplanowi, którzy po prostu nie dostali na tyle dużo miejsca w książce aby na wierzch wyszły ich niedostatki.

Jak już przy bohaterach jesteśmy to muszę wspomnieć o kilku totalnie, no cóż… ich totalnie głupich zachowaniach. Bo o ile można zrozumieć nagłe katharsis zabójcy, któremu nie powiodła się próba zabójstwa i z nożem na gardle nagle oferuje swoją służbę niedoszłej ofierze to już to, że ta ofiara bez mrugnięcia okiem to akceptuje i bez namysłu zostaje sama w jego towarzystwie jest już co najmniej… dyskusyjne.

Taką samą rolę pełni tutaj magia, którą można by z uczciwości po prostu nazwać deus ex machina i dać sobie spokój z sileniem się na jakiekolwiek inne pomysły. Za każdym razem gdy bohaterowie są w potrzebie, na krawędzi śmierci czy w ogólnie rozpaczliwej dorzucany jest element nadprzyrodzony i mamy bardziej lub mniej bolesne (dla samych bohaterów) wyjście z sytuacji. Jest to przykład tzw. leniwego designu. Po co trudzić się nad wymyślaniem mniej lub bardziej prawdopodobnego toku wydarzeń skoro można po prostu użyć magii?

Wśród wszystkich tych utyskiwań nie może zabraknąć jednak kilku pochwał dla rzeczy, które wyszły całkiem nieźle. Przede wszystkim jest to klimat średniowiecznej, przepełnionej magią, przesądami i religijnymi wierzeniami egzotycznej Japonii, który jest tak gęsty, że można by go krajać nożem. Akcja książki jest szybka i intensywna, zaś autorka niczego nie tłumaczy, a wszystkiego o świecie dowiadujemy się z rozmów lub krótkich przemyśleń bohaterów. Zazwyczaj uznałbym coś takiego za wadę bo lubię rozbudowane i ciekawe światy, ale całkiem dobrze pasuje to do charakteru książki, która skupia się na ludziach a nie miejscach.

Prosty i elegancki język jakim napisany jest „Cesarz Ośmiu Wysp” zasługuje tutaj na oddzielną wzmiankę bo jest głównym elementem budującym klimat całej książki i naprawdę trzeba to docenić. Od dawna, a może nawet nigdy nie miałem w rękach książki, w której to, w jaki sposób autorka pisze, tak doskonale pasowałoby do tego o czym pisze. Trudno to uczucie wytłumaczyć, ale język jest chyba największym plusem całej książki.

Cesarz Ośmiu Wysp” należy do rzadkiego rodzaju opowieści, które jednocześnie mnie rozczarowały i zachwyciły. Wymyka się wszelkim kategorycznym próbom zakwalifikowania jej jako książkę jednoznacznie dobrą lub złą, albo jak kto woli mocną czy słabą. Przyjemnie mi się ją czytało a jej wady chcąc nie chcąc musiałem zaakceptować. Nie jest to pozycja dla każdego, ale miłośnicy Dalekiego Wschodu zdecydowanie powinni dać jej szansę, a i innym może ona przypaść do gustu. Na pewno zaś będzie ozdobą każdej półki, bo świetnie stylizowany samuraj i czerwono-białe tło oraz pomalowane na czerwono brzegi stron składają się na piękną całość.

 

Tytuł: Opowieść o Shikanoko. Tom 1. Cesarz ośmiu wysp

Autor: Lian Hearn

Wydawnictwo: MAG

Rok Wydania: 2017

Liczba stron: 400

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0