Azyl, Jarosław Grzędowicz

Ah, te sentymenty! Czyli dlaczego nie powinnam recenzować „Azylu”

Zacząć wypada od tego, że początki mojej przygody z fantastyką były dosyć ciężkie. Jasne, wpadło mi w ręce trochę klasyki ( m.in. cykl Tolkiena, kilka

Zacząć wypada od tego, że początki mojej przygody z fantastyką były dosyć ciężkie. Jasne, wpadło mi w ręce trochę klasyki ( m.in. cykl Tolkiena, kilka dzieł Lema, pokaźny zbiór książek Pratchetta i trochę twórczości Gaimana) oraz rzecz jasna cykl wiedźmiński (do którego szczególną miłością nie zapałałam). Szukałam, szukałam, ale wciąż brakowało mi „tego czegoś”, a ja stopniowo traciłam chęć do dalszego zagłębienia się w ten gatunek. I wtedy na mojej drodze stanął Vuko Drakkainen. Proszę bardzo, możecie się śmiać, ale „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza był niczym kamień milowy na drodze ku ukształtowaniu mojego literackiego gustu.

Dla mnie, wówczas czternastoletniej dziewoi, Jarosław Grzędowicz miał świetny pomysł i doskonale go opisał. Z ogromnym entuzjazmem przemierzałam fascynujący Midgaard, który ciągle mnie czymś zaskakiwał. Do tego ten bohater – nie żaden typowy heros, ale koleś z krwi i kości, nierzadko irytujący, a przez to taki „swojski”. A że przygód miał bez liku to i o chwilę przerwy w lekturze było bardzo trudno. Można powiedzieć, że to była w moim przypadku miłość od pierwszego wrażenia. I tak, zauroczona początkiem wędrówki Drakkainena z radością wsiąknęłam w fantastykę, nie zapominając o tym, który mnie do tego przekonał. Mijały kolejne lata, czytałam i wiedziałam coraz więcej, a i mimo tego moje kolejne spotkanie z całym lodowym cyklem było nader udane.

Podobnie było też w przypadku pozostałych książek Grzędowicza – niezmiennie wzbudzały u mnie jeśli nie zachwyt, to przynajmniej bardzo ciepłe uczucia. Co więcej, mając lat około osiemnaście zaczęłam z uporem maniaka pisać do szuflady i wtedy również Jarosław Grzędowicz był dla mnie wzorem, który chciałam doścignąć, a potem zgodnie z zasadą, przegonić. O tym, że życie boleśnie moje plany zweryfikowało pisać chyba nie muszę, bo jak to mówią „recenzent to taki sfrustrowany, niespełniony pisarz”.

Dlatego właśnie „Azyl” jest dla mnie książką szczególną. Dziewięć „zaginionych” do tej pory opowiadań, które doskonale obrazują, jak kształtowała się pisarska ścieżka autora od jego pierwszych kroków w zawodzie. I tak na samym początku mamy napisany przez niego w czasach licealnych krótki, ale pozostawiający po sobie długo niezatarte wrażenie „Azyl dla starych pilotów”. Dalej jest równie króciutka „Ruleta” o tragicznych losach pechowca w świecie rządzonym przez hazard. Później przychodzi czas na „Twierdzę Trzech Studni”, przez niektórych uznawaną za pierwsze polskie opowiadanie fantasy. Cóż, ten akurat tekst jakoś do mnie nie przemówił i choć pomysł na świat sam w sobie jest bardzo ciekawy, to prowadzona w nim historia już mniej. Zaraz potem przychodzi czas na szalenie niepokojącą „Śmierć szczurołapa”, która pokazuje, że autor bez problemu może wywołać u czytelnika ciarki na plecach.

Przespać piekło” to z kolei całkiem udana przygoda autora z postapokalipsą. Napisałam „całkiem”, bo przedstawiona przez autora fabuła osadzona w antyutopijnym świecie jest świetnym materiałem na książkę, a niekoniecznie opowiadanie. Zwłaszcza, że Grzędowicz ukazał toczące się wydarzenia z perspektywy kilku ich uczestników i choć pomysł był to bardzo dobry, to w krótszej formie zabrakło po prostu miejsca na solidne wszystkiego wytłumaczenie.

Następne opowiadanie, „Dom na Krawędzi Światła” to bardzo ciekawa i dająca do myślenia wizja zaświatów z naciskiem na to, jak mogłoby wyglądać piekło. Kolejny tekst „Enter i jesteś martwy” pod względem koncepcji świata nie przetrwał brutalnego zderzenia z naszą współczesną rzeczywistością, ale sam pomysł na rozbudowany monolog zawodowego mordercy jest bardzo ciekawy i w gruncie rzeczy opowiadanie zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. W przeciwieństwie do „Rozkaz kochać!”, który to tekst miał w sobie spory potencjał, ale zawiodło wykonanie – autor po prostu prześlizgnął się po temacie możliwości manipulowania ludzkimi emocjami.

Natomiast ostatni tekst w zbiorze, „Chwila przed deszczem”, też zbyt dużego wrażenia na mnie nie zrobił. Niby mamy podjęty temat ważny i dający spore możliwości jakim są genetyczne manipulacje, niby mamy szaloną koncepcją „nowego świata”. Ale brak jest tego czegoś, co pozwoliłoby temu tekstowi wybić się ponad średnią.

Jak widzicie, „Azyl” to zbiór bardzo nierówny, ale wcale nie oznacza, że nietrafiony. Wręcz przeciwnie, tych dziewięć tekstów doskonale prezentuje drogę pisarza, jego wzloty i upadki. Ponadto, kilka opowiadań ze zbioru było mi zupełnie nieznanych, a że dotyczyły tych obszarów fantastyki, z którymi akurat autora bym nie kojarzyła, dlatego miałam okazję zobaczyć, jak radzi sobie na innych polach. Mimo tego, iż nie każde opowiadanie umieszczone w „Azylu” jest strzałem w dziesiątkę z całą pewnością mogę stwierdzić, że dla fanów pisarza to pozycja obowiązkowa. A pozostali mogą potraktować ten zbiór jako swego rodzaju ciekawy przewodnik po przykładowej literackiej karierze.

Aha, oczywiście, nie musicie brać tej recenzji na poważnie. To w końcu recenzja pisana przez wierną fankę 😉

 

Facebook  

Instagram

Tytuł: Azyl

Autor: Jarosław Grzędowicz

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok wydania: 2017

Liczba stron: 400

 

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0