Adept, Adam Przechrzta

Ponoć najłatwiej recenzować jest książkę kiepską. Wtedy to stereotypowy recenzent może bez strachu o krytykę czytelników wyładować całą swoją frustrację (w końcu recenzenci to niespełnieni autorzy 😉 ).  Trochę gorzej jest z książkami wybitnymi, bo często brakuje słów, które mogłyby dobrze oddać nasze wrażenia z lektury. Jeszcze trudniej jest ze średniakami, bo wtedy ciężko o zgrabne podsumowanie. Najgorszą jednak książką do recenzji (przynajmniej moim zdaniem) jest taka, której z pozoru nic nie brakuje, ale zostawia po sobie nikłe wrażenie.  I tak niestety jest w przypadku „Adepta” Adama Przechrzty.

Zacznijmy od początku. W książce poznajemy polskiego alchemika Olafa Rudnickiego, który działa w Warszawie z początku XX wieku. Nie jest to jednak stolica, jaką znamy z kart historii – w środku miasta wyrosła enklawa, coś na kształt bramy do innego świata, przez którą przedostają się demony i wszelkie inne magiczne paskudztwa. Skażony magią teren to idealne miejsce dla alchemika właśnie, który w enklawie poszukuje niezwykłych ingredientów do swoich potężnych mikstur. Pech chciał, że w trakcie jednej ze swoich wypraw Rudnicki trafia w sam środek starcia miejscowej fauny z carskim patrolem, którego dowódca postanawia zrobić z alchemika kogoś na wzór przewodnika po enklawie. „Przyjaźń” pomiędzy Rudnickim a carskimi wojakami na tym się jednak nie kończy i alchemik wkrótce zostaje wplątany w międzynarodowy konflikt…

Adam Przechrzta nie raz udowodnił, że jest nie tylko historykiem z wykształcenia, ale przede wszystkim wielkim pasjonatem dawnych dziejów. Pisarz całkiem zgrabnie wplótł pojawienie się enklaw w to, co rzeczywiście działo się na początku XX wieku zarówno w Polsce, jak i na świecie. Autor nie zaniedbał przy tym kwestii społecznych i obyczajowych, tworząc tym samym spójny i intrygujący obraz stolicy. Wydaje mi się, że każdy miłośnik historii będzie z tego uniwersum zadowolony, bo jest naprawdę dobrze skrojone i wyważone, a pierwiastek magiczny nie jest tu czynnikiem dominującym, choć trochę w tym świecie namieszał. Bardzo spodobało mi się też to, jak Przechrzta przedstawił alchemię. Fanką rpgów jestem od lat, ale zazwyczaj gram uzbrojonym w tradycyjny oręż tankiem, stąd też moja znajomość tej sztuki ograniczała się tylko do szybkich zakupów w kolejnych miastach. Tymczasem Przechrzta wyniósł alchemię na szczyty drabiny wiedzy, ukazując jej niezwykłą złożoność i ogromny potencjał, zmieniając tym samym moje podejście do tej dotychczas niedocenianej przeze mnie sztuki.

O ile uniwersum książki mnie zainteresowało, o tyle fabuła okazała się być po prostu nijaka. Owszem, jest tutaj jakaś bardziej złożona intryga, kilka wątków pobocznych i potężny ładunek akcji, ale odniosłam wrażenie, że to typowo filmowy scenariusz, który w przypadku książki najczęściej się nie sprawdza.  Akcja pędzi do przodu a tła tych wszystkich sytuacji po prostu brakuje. Przechrzta nie bawi się w (tak istotne w książce) wprowadzanie czytelnika w szczegóły, tylko wrzuca w wir kolejnych wydarzeń, które są ze sobą zdecydowanie zbyt luźno powiązane. Efekt jest taki, że będąc świeżo po lekturze „Adepta” coraz mniej z niego pamiętam, a przed oczami mam głównie sceny akcji.

Pośpiech i niezagłębianie się w szczegóły odbiło się również no bohaterach „Adepta”. Niby widziałam potencjał w Rudnickim, Samarinie czy Anastazji, ale do samego końca autor bardzo oszczędnie informował nas o ich życiu prywatnym. Owszem, w wielu sytuacjach Przechrzta nawiązywał jakoś do przeszłości bohaterów, ale przytaczane przez niego wątki często się powtarzały i trudno było na ich podstawie stworzyć pełny obraz jakiejś postaci. Przez cały czas odnosiłam wrażenie, że mam do czynienia z dobrze rozpisanymi, ale do bólu schematycznymi charakterami, z którymi nijak nie mogłam się zżyć. Bohaterom tej książki po prostu brakuje solidnej genezy i choćby skromnej iskry, która wyróżniałaby ich na tle innych.

Próbując podsumować wszystkie moje przemyślenia na temat lektury nie mogę wprost stwierdzić, że „Adept” jest książką złą. Ma ciekawe uniwersum i stoi na przyzwoitym literackim poziomie, jednak szybkie tempo i nie do końca spójna fabuła całkowicie zepsuły dobre pierwsze wrażenie. Do tego dołóżmy zbyt powierzchowne przedstawienie bohaterów i otrzymujemy średniej klasy pozycję. Sam pomysł nie jest zły, ale sposób jego wykonania sprawił, że „Adept” nie zapisze się w mojej pamięci na długo. Nie twierdzę przy tym, że ta książka nie znajdzie swoich zwolenników. Wręcz przeciwnie, to dobra lektura „na raz” po bardzo stresującym tygodniu, kiedy to potrzebujemy solidnej dawki niewymagającej rozrywki. Na pewno są też czytelnicy, którym takie książki po prostu odpowiadają, nie potrzebują tej całej solidnej otoczki wokół fabuły, czy szczegółowo zaprezentowanych bohaterów. W moim przypadku jednak „Adept” się kompletnie nie sprawdził – owszem, było w porządku, ale moje wrażenia z lektury zaczęły się zbyt szybko ulatniać.

Tytuł: Adept

Autor: Adam Przechrzta

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 464

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
KOMENTARZE 0