Namiestnik, Adam Przechrzta

Namiestnik, Adam Przechrzta

Każda kolejna książka Adama Przechrzty, którą dostaję w swoje ręce, niemal w ciemno ląduje na półce z moimi ulubionymi pozycjami. Stało się tak z całym czterotomowym Cyklem Wojennym oraz powieścią „Pierwszy Krok”. Pozostałe cztery książki Przechrzty wcale nie są gorsze. Jakiś czas temu zacząłem się nawet zastanawiać czy spod ręki autora wyjdzie książka, która mi się nie spodoba. I oto nadszedł ten dzień.

Namiestnik” jako kontynuacja „Adepta” naturalnie ciągnie wątek przygód warszawskiego alchemika i maga (czy też właśnie tytułowego adepta) Olafa Rudnickiego w alternatywnej wersji lat dwudziestych. Pierwsza wojna światowa służy tutaj za tło, a nasz główny bohater będzie musiał znów rozwiązywać zagadki, zajmować się swoją sztuką oraz niechętnie brać udział w rozgrywkach potężniejszych od siebie ludzi i organizacji. Wszystko to doskonale składa się na receptę, według której powstał całkiem niezły „Adept”. Niestety, w przypadku „Namiestnika” czegoś zabrakło.

Klimat początku dwudziestego wieku gdzieś uleciał a machinacje różnych stowarzyszeń i istot nadnaturalnych nie są tak zajmujące jak kiedyś. Miałem wrażenie podczas czytania, że większość wydarzeń tak naprawdę nie obchodzi naszych bohaterów mimo, że często są w ich centrum. Nie widać emocji ani zaangażowania, a czasami nieco sztuczne dialogi nie pomagają w odbiorze. Nie wspominając już o tym, że akcja książki dzieje się podczas pierwszej wojny światowej, której nie uświadczymy praktycznie w ogóle z małymi wyjątkami takimi jak kłopoty przy podróżach pociągiem czy wizyta inspekcyjna frontu jednej z postaci drugoplanowych. Tymczasem wydaje mi się, że coś takiego powinno wpływać na wszystko, co nasi bohaterowie robią.

Za plus zdecydowanie trzeba przyjąć intensywność wydarzeń – nie ma tutaj żadnych dłużyzn, akcja zaś płynnie i wartko toczy się do przodu. Walki Rudnickiego z istotami z Enklaw nadal są dynamiczne i ciekawe, ponadto autor nieco zwiększył skalę tych potyczek, co owocuje fascynującymi starciami techniki i magii.

Nasi bohaterowie wiele się nie zmienili, a najciekawszym jest nadal nasza gwiazda wieczoru, czyli alchemik Olaf Rudnicki. Autorowi udało się dobrze przedstawić powolną ewolucję jego charakteru i z przyjemnością obserwujemy jak się hartuje i zaprawia dzięki tym wszystkim niebezpiecznym starciom i doświadczeniom. Z prawdziwą radością obserwowałem te zmiany. Szkoda tylko, że ucierpiały przez to inne postacie. Anastazja, którą lubiłem obserwować w „Adepcie”, stała się pustą wydmuszką, którą autor wyciąga gdy potrzebuje poinformować bohatera o nowych rzeczach mających popchnąć akcję do przodu lub wytłumaczyć jakieś nowe zawiłości sztuk tajemnych czytelnikowi. Obronną ręką wychodzi tutaj Samarin, który dodatkowo dostał dużo więcej miejsca niż w poprzedniej części, co wyszło oczywiście na plus. Nowa znajoma Rudnickiego, czyli Anna, bardzo dobrze rokuje na przyszłość, chociaż w „Namiestniku” nie uświadczymy jej szczególnie często.

Szkoda trochę, że autor nie zdecydował się bardziej urozmaicić akcji książki. Niemal wszystko o czym czytamy było już w „Adepcie”. Nowych pomysłów jest jak na lekarstwo, a najciekawsze z nich albo zostały odłożone jako wstęp do wątków w następnej części (jak theokataratos, którzy zamiast siania śmierci i zniszczenia wolą prowadzić spokojne życie obok ludzi) czy prawie niewykorzystane (jak Jednostka Omega, odmiana Specnazu składająca się z adeptów i ludzi z nadnaturalnymi zdolnościami).

 

Trzeba też niestety wspomnieć o nieco rozczarowującym finale, który nijak nie pasuje do tej dość dynamicznej książki i pozostawił mnie w stanie dużego zdziwienia. Tak jakby ktoś kazał zmieścić się autorowi w ograniczonej ilości stron i wszystkie cięcia poczyniono wśród wydarzeń finałowych. Nie uświadczymy tej potężnej kumulacji wydarzeń, która zazwyczaj zwiastuje finał, tylko będziemy czytać i nagle okazuje się, że nie mamy już czego bo to koniec. W perspektywie kilku dni od przeczytania jestem zdania, że właśnie to zdecydowanie najbardziej zepsuło mi przyjemność z lektury i zaszkodziło temu jak postrzegam „Namiestnika”.

Na końcu kilka słów o oprawie graficznej. Okładka książki jest fenomenalna a świetne ilustracje Przemysława Truścińskiego, które od czasu do czasu znajdziemy w książce, zdecydowanie dodają klimatu i immersji. Pod tym względem pozycja spod skrzydeł Fabryki Słów jak zwykle trzyma poziom.

 

Podsumowując, mój odbiór „Namiestnika” zdecydowanie ucierpiał z powodu moich oczekiwań wynikłych z lektury poprzednich książek Adama Przechrzty. Nastawiłem się na kolejną pozycję, która bezbłędnie trafi w moje gusta tak jak „Pierwszy Krok” czy cały Cykl Wojenny, co nie do końca się sprawdziło. Mimo tego uważam jednak, że wszyscy, którzy polubili postać Olafa Rudnickiego, powinni bez problemu dobrze spędzić czas przy „Namiestniku”. Choć nie jest to książka wybitna to nadal dostarcza sporej porcji rozrywki w znanych już z „Adepta” klimatach i jeśli nie nastawicie się na więcej to nie będziecie zawiedzeni.

Tytuł: Namiestnik (Materia Prima #2)

Autor: Adam Przechrzta

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok Wydania: 2017 (14 czerwca)

Liczba stron: 460

 

Komentarze

WORDPRESS: 0
DISQUS: 0