Wieczny Grunwald, Szczepan Twardoch

Wieczny Grunwald. Ewig Tannenberg. Gdy brałem do ręki tę książkę, to spodziewałem się jakiegoś miksu „Nieśmiertelnego” z polsko-niemieckimi klimatami rycerskimi i historycznymi. Dostałem coś, co nie mogłoby odbiegać bardziej od tego wyobrażenia. Jest to także moje pierwsze spotkanie ze Szczepanem Twardochem, wiec absolutnie nic nie przygotowało mnie na to co zaserwowała mi ta powieść.

 

Głównym i zasadniczo jedynym bohaterem tego gargantuicznego, autobiograficznego monologu jest Paszko, bastert czy też bastard króla Kazimierza Wielkiego. Jedynego z całej zgrai polskich władców który uzyskał ten przydomek i stąd też chyba mania naszego drogiego Paszki na swoim własnym punkcie. Poczęty, w swym pierwszym życiu, na królewskim zamku w wyniku gwałtu na norymberskiej kupieckiej córce, już od tego pierwszego momentu skazany był na egzystencję pomiędzy tymi dwoma państwami, kulturami i filozofiami. Przynajmniej tak maluje nam to autor książki. Niechciany przez Niemców, bo z polskiego ojca i niechciany przez Polaków, bo z niemieckiej matki Paszko, szuka swojego miejsca w świecie.

A właściwie to w historii, gdyż Paszko zwiedził więcej światów niż przeciętny człowiek wypił szklanek wody przez całe życie. Rodząc się na nowo po każdej swojej śmierci w nieskończonym cyklu. Nadal miażdżony pomiędzy tymi dwiema siłami historiotwórczymi, które z grubsza można określić polskością i niemieckością. Paszko bił się pod Grunwaldem i na tysiącu tysięcy innych bitew. Raz po stronie polskiej, raz niemieckiej, a niekiedy żadnej z nich aby odnaleźć coś, co według niego miałoby mu zapewnić spokój i poczucie przynależności. Aby wreszcie zdecydować czy jest Germanem czy Polakiem. My zaś obserwujemy tą rwaną i nieuporządkowaną wędrówkę po wielu płaszczyznach alternatywnej historii, niczym człowiek skaczący po kanałach telewizji, który z kilku sekundowych migawek próbuje zrozumieć sens życia i kultury dwóch światów. A wszystko to i dziesiątki innych pomysłów na nieco ponad 200 stronach tej „powieści zza końca czasów”, jak czytamy na okładce.

Razem z wędrującym Paszkiem zwiedzimy kilka bardziej skonkretyzowanych wersji historii alternatywnej, którą autor raczył nam przybliżyć, gdyż większość z tego, co czytamy brzmi jak bajania szalonego wieszcza. Wyobraźcie sobie dwa mocarstwa obejmujące sobą cały świat i ścierające się w wiecznej, bezcelowej i odczłowieczonej wojnie, ponieważ właśnie taki widok maluje nam Twardoch w niemal każdej ze swych licznych wizji alternatywnej historii. W jednej z nich napędzana przez Blut, krew Germania, państwo-organizm niczym z najgorszych koszmarów ściera się w nieskończonej batalii z Matką Polką, niewiele mniej odrażającej wizji naszej ojczyzny.

Walczący tylko dlatego, że inna wizja świata jest zbyt obca i niewyobrażalna aby stała się rzeczywistością. Wszystko to, jest tylko pretekstem, aby prowadzić historiozoficzne rozważania na temat starcia dwóch kultur i całkiem różnych światów, pokazanych w trakcie tego monologu. Autor zastanawia się nad sensem wojny, pokoju, podbojów, życia, śmierci czy nawet seksu jako emanacji tego wszystkiego. W międzyczasie znajdzie się trochę miejsca na rozważania o istocie boga, czy moralne dywagacje o różnicach w zabijaniu dzieci i dorosłych. A nie są to rozważania przyjemne czy też niewinne. Pomysłów jest w tej książce co niemiara i chociaż nie wszystkie te rozprawy do mnie trafiły to z samej ich ilości można tutaj znaleźć coś, co do nas przemówi i zacznie rezonować z tym, co nam w duszy gra. I niekoniecznie się nam to spodoba.

Wszystko to opakowane jest specyficznym językiem, co w żaden sposób nie ułatwia odbioru tej lektury. Rozdziały, w których Paszko opowiada o swoim pierwszym życiu są pisane autorską wersją języka staropolskiego i bez porządnego skupienia się nad tym, co czytamy, równie dobrze możemy próbować zrozumieć dowolną książkę w nieznanym nam języku. Zarówno na polu słowotwórskim, jak i gramatycznym Szczepan Twardoch nie okazuje nam nawet odrobiny miłosierdzia i stara się przeszkodzić w lekturze jak tylko może.

„-Płatek, co go król Kazimir wzdął jest mojej maćce, gdaż jest miał z nią był uczynek mężczyński, a gdaż ja jeśm zaczał się był w żywocie jeji – tłumaczył dalej.”
To przykładowe zdanie z pierwszych stron książki, które powinno nieco przybliżyć to, o czym mówię. I tak od zaczynającego całą książkę „Jeśm krolowic”, przez takie konstrukcje i wtrącane niemieckie zdania toczymy bój z samym sobą i powieścią aby dalej ją czytać. Oczywistym jest, że takie zastosowanie języka miało pogłębić poczucie immersji i klimatu ale według mnie przyniosło skutek odwrotny od zamierzonego. I chociaż w ostatecznym rozrachunku nie żałuję czasu poświęconego na tą powieść, to wiele razu rzucałem ją w kąt, pod naporem kolejnych bajań Paszki, z których nic nie wynikało, a forma przerastała treść.

Wieczny Grunwald” nie jest dla każdego, ba, nie jest nawet dla większości ale dla tych spragnionych czegoś nowego i niestandardowego jest książką, którą warto przeczytać. Zawsze podczas pisania o pozycjach, które przeczytałem unikam spoglądania na jakiekolwiek inne opinie aby nie „zanieczyścić” sobie własnego zdania. Z „Wiecznym Grunwaldem” postąpiłem inaczej. Wykształciły się dwa obozy, ludzi rozpływających się nad geniuszem, nowatorstwem, i wieloma innymi pozytywnymi cechami tej powieści i inni, którzy nie zrozumieli ani krztyny i uważają to, za co najmniej szalony grafomański popis. A ja stoję pośrodku, mając po jednej nodze i tu i tam i zastanawiam się co tak właściwie autor miał na myśli. I pewnie jeszcze długo będę się zastanawiał bo „Wieczny Grunwald” to książka nie tylko do przeczytania, ale także do przemyślenia.

COMMENTS