Bramy Światłości tom II, Maja Lidia Kossakowska

Drugi tom „Bram Światłości” Mai Lidii Kossakowskiej to już szósta odsłona cyklu „Zastępów Anielskich” i kolejny powrót do losów postaci wykreowanych przez polską pisarkę, które fani kochają bezwarunkowo. A świeżo po lekturze muszę niestety stwierdzić, że ta bezwarunkowa miłość będzie mocno potrzebna żeby przez drugi tom „Bram…” przebrnąć…

 

Pierwsza część zakończyła się całkiem ciekawym cliffhangerem, druga część zaczyna się fenomenalnym rozwiązaniem tej sytuacji, oczywiście w stylu Kossakowskiej, czyli trochę przegadanej i rozentuzjazmowanej, jednakże siedziałem jak na szpilkach i czytałem z zapartym tchem. A później jest już tylko gorzej… Dostrzegamy to powoli, bo nie jest to pionowa ściana jednakże tempo spada, emocji brak a przy końcu jesteśmy już dość porządnie znudzeni bo po prostu nic się nie dzieje.

Cała akcja książki jest niczym więcej niż jedną wielką dygresją w stosunku do pierwotnego wątku, a autorka chyba zapomniała, że jakakolwiek ekspedycja żeby gdzieś dojść musi faktycznie iść. Oprócz wspomnianej już przeze mnie sceny, która jest bezpośrednim zakończeniem cliffhangera z tomu pierwszego moglibyśmy z powodzeniem wyrzucić pozostałe 450 stron i bylibyśmy dokładnie w tym samym miejscu co po zamknięciu poprzedniego tomu.

No więc o czym jest ta książka? Wielu z was pewnie się nad tym zastanawia, otóż proszę państwa jest ona o tym jak Daimon Frey, Abbadon, Tańczący na Zgliszczach, Anioł Zagłady i Niszczyciel Światów dostaje wciry od każdego napotkanego stworzenia, boga, zdechlaka i co tam się jeszcze nie napatoczy. A gdy moment wpierdzielu się kończy to możemy w nagrodę poobserwować jak snuje się na skraju śmierci, jest niesiony związany, pobity lub ledwo żywy. Permanentny stan, w którym Daimon jest na skraju śmierci z wyczerpania i ran to chyba jakaś ukryta opcja, która jest niesamowicie mocno forsowana, bo inaczej nie byłoby wystarczająco dramatycznie. Szkoda tylko, że robi się to po prostu monotonne. Sytuację co nieco ratują pojedyncze przeskoki do Królestwa lub Głębi, gdzie zobaczymy jak Gabriel z Razjelem próbują ogarnąć nieco burdel jaki się tam właśnie odbywa, jednakże nie ma tego zbyt wiele i przez zdecydowana większość książki będziemy włóczyć się po krainach bogów mezoamerykańskich.

Tak jak pierwsza część przedstawiła nam ze szczegółami kolorowy świat hinduskiej mitologii, tak tutaj przeniesiemy się do ponurych, przesiąkniętych rozkładem, wilgocią i mrokiem dżungli pod władaniem takich bogów jak straszny i przepiękny Tezcatlipoca, starożytna Coatlicue czy chyba najlepiej znany w kulturze masowej pierzasty wąż Quetzalcoatl. Gęsty, dający się kroić niczym nożem klimat jest głównym atutem nowej książki Kossakowskiej, odmalowanie starej i mrocznej kultury ludów Ameryki Środkowej udało się znakomicie, a różne spotkania z nadzwyczajnymi istotami i bogami, takimi chociażby jak powieszona boginii Ixtab, która namawia naszych bohaterów do tego samego, na długo pozostaną w pamięci.

Przechodząc do samych bohaterów to nasza główna obsada niewiele się zmieniła. Sereda czy Matariśwan pojawią się jedynie epizodycznie na początku, a ciężar akcji przeniósł się na naszego ulubionego Anioła Zagłady – Daimona. Jednakże nawet on nie ratuje swoją obecnością całej książki, po świetnym rozpoczęciu i bardzo dobrych epizodach w Głębi, zaczyna się nuda, monotonia i niepotrzebne przeciąganie tak jakby autorka nie miała absolutnie pomysłu jak kończyć tą całą wyprawę. Lampka, czy jak kto woli Lucyfer, służy jedynie jako figurant do pakowania reszty w kłopoty, a Sinaa – jedyna bardziej charakterystyczna nowa postać też nie wnosi nic szczególnego mimo iż jest niezwykle sympatyczny i „po prostu fajny” jak to Daimon zauważył.

A jak już przy tym jesteśmy, to dawno temu przyzwyczaiłem się, że istoty niewiele młodsze niż wszechświat używają języka jak dzisiejsze nastolatki, jednakże niektóre dialogi czyta się jakby były pisane na siłę i są tam tylko dlatego że pasowałoby jednak wrzucić coś nowego po dwóch stronach kwiecistych opisów rozterek emocjonalnych naszych bohaterów lub wymieniania ich tytułów, godności i przeszłych czynów.

Gdy odkładałem pierwszy tom „Bram Światłości” doszedłem do wniosku, że początek jest niezgorszy jednakże drugi tom musi być lepszy żeby całość się obroniła. Niestety tu się przeliczyłem. Co zaskakujące wcale tak źle się tego nie czyta, bo miło się bawiłem przy lekturze jednakże wszyscy, którzy liczą na coś więcej niż kolejne przygody swoich ulubionych bohaterów się po prostu zawiodą. Cała ekspedycja nadal znajduje się tam gdzie była a główny wątek także stoi w tym samym miejscu. Pani Kossakowska zdecydowanie nie podołała i to wyraźnie najsłabsza część całego cyklu Anielskiego. A szkoda, bo opowieść o poszukiwaniu samej Jasności w niezbadanych krainach i chaos jaki wywoła to w Głębi i Królestwie zapowiadała się nadzwyczaj dobrze.

 

Tytuł: Bramy Światłości t. 2

Autor: Maja. L. Kossakowska

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok Wydania: Luty 2018

Liczba stron: 560

 

COMMENTS