Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi, reż. Rian Johnson

Nigdy jeszcze nie byłem tak rozdarty po obejrzeniu jakiejkolwiek części Gwiezdnych Wojen jak po „Ostatnim Jedi”. Najnowsza odsłona kosmicznej serii podzieliła fanów jak jeszcze żadna inna część, nawet szeroko dyskutowane „Mroczne Widmo”. „Ostatni Jedi” był dla mnie slalomem pomiędzy scenami, które wywoływały zarówno ciche „wow” i szeroko otwarte w zachwycie oczy, jak i wzrok pełen politowania oraz niedowierzanie na twarzy. Niestety, tych pierwszych było zbyt mało, aby zrównoważyć wszystkie tragiczne rzeczy, które w ciągu ponad dwugodzinnego seansu zobaczyłem.

 

Wielokrotnie zdarza się, iż fani okrzykują bardzo dobry lub chociażby perfekcyjnie znośny film totalną katastrofą za sprawą jakichś małych elementów, na które większość osób nie zwraca uwagi, lub po prostu dlatego, że akcja nie popłynęła tak jak się spodziewali. Jeszcze nie zdarzyło mi się z takimi krzykami rozpaczy i płaczu zgodzić. Aż do teraz…

I nie były to niestety ani rzeczy małe, ani dyskusyjne. Jednakże wspomnieć muszę, że całe moje oburzenie bierze się z tego iż byłem i jestem wiernym fanem całego uniwersum, a rzeczy, na które się oburzam i lamentuje dla kogoś kto „Ostatniego Jedi” potraktuje jako dowolny film do obejrzenia w wolnej chwili będą co najwyżej drobiazgiem. Z tej perspektywy cały film spokojnie można by ocenić na 6/7 w skali do 10 i skwitować stwierdzeniem, że to nie nadzwyczajne, ale przyjemne kino przygodowe w kosmicznych sceneriach.

Zaś dla fanów serii jak i całego uniwersum Star Wars, moja opinia jako jednego z tej szczęśliwej gromadki… Osoby kochające postacie ze starej trylogii ze słabym zdrowiem proszone są o nieoglądanie „Ostatniego Jedi”. Dokonano na nich zaplanowanego, celowego i systematycznego mordu w tragicznie miałkiej i niczemu niesłużącej formie. Przypuszczam, że miało to na celu zrobienie więcej miejsca dla nowych postaci. Ale… Dżizas, nie w taki sposób… Śmierć Hana Solo w „Przebudzeniu Mocy” przynajmniej czemuś służyła, była dobrze przedstawiona i miała implikacje, które ciągnęły się i ciągnąć się będą pewnie aż do końca serii. A tutaj?

Luke Skywalker, bohater rebelii, rycerz Jedi, jedna z najbardziej ukochanych przez fanów postaci, i obok Księżniczki Leii sztandarowy bohater całej serii, został po prostu zmielony i wypluty przez Riana Johnsona. Dopóki nie obejrzałem „Ostatniego Jedi” zastanawiałem się, dlaczego sam Mark Hamil przepraszał za to, co stało się z postacią Luke’a. Już wiem i absolutnie mi się to nie podoba. I chociaż pod koniec filmu sceny z udziałem Luke’a

 

 

Nieco rehabilitują ten dramat, którego jesteśmy świadkami w najnowszej odsłonie, to ogólne wrażenie jest takie, że nic tylko siadać i płakać. Kolejną tragedią jest to, iż Luke przez 90% czasu na ekranie nie robi absolutnie nic i gdyby nie koniec to w gruncie rzeczy można by po prostu wyciąć wszystkie sceny z jego udziałem. Trening Rey? Jedna dwuminutowa „lekcja”. Dołączyć do Rebelii w jej najgorszych i najbardziej dramatycznych momentach? A po co… Łażenie po wyspie bez celu i dojenie jakichś obrzydliwych „krów morskich” czy łowienie ryb to nie jest coś, czego spodziewałbym się po postaci Luke’a Skywalkera.

Nie ma tutaj jakiegokolwiek schematu i flow całego filmu, akcja toczy się od jednego momentu do drugiego, a jej zwrotów jest tyle, że w pewnym momencie po prostu przestajemy analizować i spodziewać się tego, co wydarzy się za jakiś czas, bo i tak będzie inaczej. „Ostatniego Jedi” można by skończyć w conajmniej trzech różnych momentach i nikt by się nawet nie zorientował, że coś jeszcze miało być. Wątek Finna i Rose równie dobrze mógłby zostać wycięty i absolutnie nic byśmy nie stracili. Zresztą gdyby nie sztandarowy „movie logic” i Wiceadmirał Haldo łaskawie wyjaśniłaby Poe Dameronowi jaki jest jej plan na ucieczkę przed Najwyższym Porządkiem cały ten wątek mógłby zostać zastąpiony przez cokolwiek lepszego. Zagranie to przypomina podstawę każdej komedii romantycznej, w której główne nieporozumienie napędzające całą akcję do przodu mogłoby zostać wyjaśnione w ciągu 30 sekund rozmowy pomiędzy dorosłymi ludźmi. A w jednym, jedynym momencie, w którym mogłaby do czegoś pożytecznego posłużyć postać Finna, to zostaje on zatrzymany przez Rose, która skrycie podkochuje się w naszym niewydarzonym „bohaterze” rebelii. A później rzuca najbardziej durne, puste i po prostu idiotyczne zdanie w całym wszechświecie, które brzmiało jakoś w stylu „wojen nie wygrywa zabijając wrogów, tylko ratując tych, których się kocha”.

I niestety wyżej wspomniany tekst nie jest niechlubnym wyjątkiem, który został przeoczony. Dialogi są dramatyczne, nudne, drewniane, niepasujące do postaci, tak jakby ktoś rzucił na nie okiem i stwierdził, że „ujdą” bo i tak są gorsze rzeczy, którym się bardziej dostanie. Bo są i mógłbym narzekać na nie rozpisując się nad każdą kolejną w wielu zdaniach, ale skróćmy listę do tych najbardziej żenujących wątków i scen z filmu (oczywiście nie wszystkich):

 

 

  • Dwie minuty szukania pilota do zrzucenia bomb w rozhermetyzowanych bombowcu znajdującym się w próżni przez rebeliantkę bez jakiegokolwiek aparatu do oddychania (nie wspominając, że liniowy okręt Nowego Porządku miał oczywiście słaby punkt, który poskutkował jego zniszczeniem w starciu ze statkiem tysiąc razy mniejszym),

  • Kosmiczny spacer Leii, która chyba dzięki temu iż jest „silna w Mocy” przeżyła zniszczenie mostka krążownika Rebeliantów, wyssanie w próżnię i powrót do statku (będąc bez skafandra),

  • Pamiętacie Snoke’a? Tego bardzo wyczekiwanego nowego „złego” ostatniej trylogii i wszelkie przypuszczenia co do tego, kim jest? Niepotrzebnie. Nasz wielki zły został użyty jako zabawka do popchnięcia wątka Rey i Kylo. Szczegółów nie zdradzę, ale wyszło to nader mizernie,(pokazano potęgę i…)

  • Cały wątek poszukiwania „Arcyhakera” przez Finna i Rose (jak to w ogóle brzmi?) oraz wydarzenia na planecie-kasynie były całkowicie niepotrzebne i dłużyły się niemiłosiernie,(było potrzebne, nie wszystko wychodzi rebelii/ruchowi oporu to chcieli pokazać)

  • Kapitan Phasma. Długo myślałem i nadal nie wymyśliłem, po co w ogóle pojawia się w filmie.(promowali ją na silną kobiecą postać więc musieli jakoś ten wątek skończyć, szkoda tylko że go nawet nie zaczeli)

 

Ostatni Jedi” nie ma w sobie absolutnie nic, co chociażby mgliście przypominałoby rozwój postaci. I nawet nie można przyczepić się do samej gry aktorskiej wymienionych, bo z tego pożal-się-boże scenariusza nawet największe gwiazdy by wiele nie ugrały. Szczerze mówiąc nie przychodzi mi na myśl praktycznie nikt, komu można by było coś poważnego zarzucić. Na szczególną pochw     ałę zasługuje tutaj Adam Driver, który postać Kylo Rena przeniósł na wyższy poziom, Daisy Ridley jako Rey też spisuje się znakomicie. I mimo iż interakcje na linii Rey-Luke były tragiczne za sprawą pokracznego scenariusza i pana Riana Johnsona, to jednakże zaraz za wątkiem Rey-Kylo, były to najlepsze momenty w dłużącej się środkowej części filmu (co swoja drogą wiele o niej mówi).

 

Gdyby nie Adam Driver i Daisy Ridley w duecie to cały film można by praktycznie spisać na straty, spuścić flagę do połowy masztu i ze łzami w oczach ogłosić koniec ukochanej sagi. Warto wspomnieć także o Benicio del Toro w roli Dj-a, bo mimo iż cały wątek był niepotrzebny, to jedna z najbardziej wartych zapamiętania ról w całym filmie. Całkiem zaskoczył mnie także Domhnall Gleeson w roli Generała Huxa, który był świetny, co może wynika także z tego, że zrobili z Huxa nieco przerysowaną, kreskówkową postać dobrze równoważącą cały ten rebeliancki patos, jaki jest nam sprzedawany przez cały film.

Wiele osób wypomina „Ostatniemu Jedi” humor, którym jest naszpikowany, Nie mam zbyt wiele do powiedzenia w tym temacie, w wielu przypadkach ten tzw. humor dostrzega się po fakcie, bo albo najzwyczajniej nie jest śmieszny albo przywołuje na twarz co najwyżej wątły uśmiech. Otwarcie całego filmu rozmową pomiędzy Poe Dameronem a generałem Huxem, którego ten pierwszy trolluje w niezbyt ambitny sposób jest pomysłem co najmniej średnim, a później wcale nie jest dużo lepiej.

 

 

Muzyka niczym szczególnym się nie wyróżnia i wpasowuje się w ogólną narrację filmu, a najlepszym co można o niej powiedzieć jest to, iż nie przeszkadza. Właściwie to nie zwracałem na nią uwagi oprócz tych momentów, gdy słychać było motywy znane z poprzednich części. Na uwagę zasługuje natomiast scenografia. Canto Blight, miasto-kasyno, po którym szczęśliwie hasają sobie Finn i Rose w poszukiwaniu „arcyhakera” jest przepiękne i nie przypomina niczego, co kiedykolwiek trafiło do świata Gwiezdnych Wojen. Pustynna planeta Crait pokryta solą i czerwona gleba znajdująca się pod nią robią także piorunujące wrażenie na zasadzie kontrastu, a cała sekwencja ostatniej bitwy i szczególnie rola Luke’a Skywalkera są przepiękne. A wisienką na torcie jest scena zderzenia dwóch statków kosmicznych, w których naszą jedyną myślą jest ciche „woah” i szeroko otwarte oczy. CGI chociaż może nie wybija się ponad dzisiejsze produkcje to nie jest także na tyle słabe aby można było mu coś zarzucić. Jest pięknie gdy ma być pięknie, tyle w temacie.

 

 

 

 

Podsumowując, od lat nie byłem tak zły i wkurzony oglądając jakikolwiek film. Rianowi Johnsonowi udało się całkowicie zniszczyć praktycznie wszystko, co lepsi od niego reżyserzy tworzyli przez blisko czterdzieści lat. „Ostatniego Jedi” ogląda się jak jakiś średni disney’owski film akcji dziejący się w kosmosie a nie pełnoprawną część Gwiezdnych Wojen. Pełen luk w fabule, niewykorzystanych szans, zniszczonych i wyrzuconych świetnych postaci, zepchnął Gwiezdne Wojny do statusu kolejnego miernego kina o superbohaterach. Gdyby chociaż zrobiono to w stylu „Thor:Ragnarok”, to nie miałbym aż tak wielu zastrzeżeń, ale jest po prostu tragicznie i nie da się tego usprawiedliwić w żaden sposób. Po niezłym „Przebudzeniu Mocy” i jeszcze lepszym „Rogue One” miałem nadzieję na kontynuacje trylogii w bardziej poważnym i „dorosłym” stylu. Niestety nie. 3/10 tylko i wyłącznie dlatego że:

  • To Gwiezdne Wojny,

  • Duet Kylo+Rey robi robotę

  • Jest parę świetnych scen i naszpikowana akcją końcówka.

COMMENTS